loading
24 maja

RODZI SIĘ ZESPÓŁ

IMG_7664

„ołtarzy nie ma, hymnów nie usłyszę

mej wiary nie wyznaje dzisiaj nikt”

[DZIŚ SĄ 75. URODZINY BOBA DYLANA. MY DZIAŁAMY.]

Marek Wojtczak, basista ZR, słysząc, że zamierzam testować polskiego Dylana w solowych wykonaniach publicznych, namówił mnie, żeby jednak zrobić to z większym rozmachem.

Głos plus moje dwie gitary plus bas – to już był zaczątek czegoś sensowniejszego. Wojcek Czern, szef studia Rogalów Analogowy i wytwórni OBUH Records, podpowiedział mi wkrótce Jacka Wąsowskiego z Elektrycznych Gitar jako multiinstrumentalistę, wychowanego właśnie na tej muzyce, o którą tak mi tu chodziło. Jacek zgodził się niemal natychmiast, zadowolony, że może pograć coś, za czym bardzo tęskni. Wniósł do przedsięwzięcia nie tylko wirtuozerię na gitarze, ale także bogactwo brzmień: obsługuje gitarę rezofoniczną (dobro), mandolinę, bandżo, gitarę gitane (cygańską, znaną z nagrań Django Reinhardta) i harmonijkę ustną. Oraz inne przyrządy do czynienia miłego hałasu.

W grudniu 2014 zaczęliśmy próby i szybko okazało się, że mamy świetne porozumienie muzyczne. Niemal każda kolejna piosenka nabierała własnego kształtu, niepodobnego do innych. Dzięki temu mój pomysł, by przedstawić polskiej publiczności Boba Dylana w wersji jak najbogatszej stylistycznie i poetycko, zaczął wyglądać realnie.

Wkrótce, w lutym 2015, dołączył do nas Krzysztof Poliński, perkusista zespołów Anity Lipnickiej, Edyty Bartosiewicz i obecnie głównie Urszuli, instrumentalista obdarzony ogromną wyobraźnią i umiejętnością wynajdywania ciekawych figur rytmicznych przy ograniczonym zestawie, w dodatku perkusista bez zapędów popisowych, umiejący dostosować się do oszczędnego stylu, jaki sobie wypracowaliśmy.

Tak postał zespół d y l a n . p l, który postanowił do poszczególnych piosenek dobierać instrumentarium i ewentualnych gości – grających i śpiewających, ale tylko tam, gdzie jest to uzasadnione i pomocne.

Ideą przyświecającą całości jest brzmienie, którego w Polsce niemal nie słychać w radiu: werandowe granie przyjaciół, bliskie np. temu, co słychać na ścieżce dźwiękowej filmu braci Coenów Bracie, gdzie jesteś (zresztą Jerry Douglas, jeden z muzyków z tej ścieżki, był mentorem Jacka Wąsowskiego), ścieżce reżyserowanej dźwiękowo przez T-Bone Burnetta. Kunsztowi literackiemu ma towarzyszyć pewna podwórkowość, łobuzerstwo grania, atmosfera ma być analogowa, przyjazna, sprawiająca na słuchaczach wrażenie, że wykonawcy nie są od nich oddaleni, że to dzieje się gdzieś blisko. Zminimalizowany pogłos (tylko tam, gdzie naprawdę pomaga), wyeliminowana tzw. efektowna produkcja. Podobny charakter brzmieniowy mają ostatnie płyty samego Dylana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 1 )
  • Przedostatni film Coenów „Inside Llewyn Davis” też jest kapitalnym filmem z równie rewelacyjnym soundtrackiem.

    Odpowiedz