loading
13 Sie

SŁOWOCZYŃCA W OGRODZIE

Pozwolę sobie na chwilę szczerości. Pozwalam sobie tu na nią często, ale rzadko piszę z trzewi. Teraz jest ta chwila.

Chcę mianowicie nawiązać do nadanej kilka dni temu, 11 sierpnia, audycji w ramach Klubu Trójki. Darek Rosiak, z którym znam się od końca lat 1980. – z przerwą na jego kilkuletnie eksperiencje w mediach francuskich i brytyjskich – uczynił mi drugi raz w życiu wspaniały prezent.

dariusz_rosiak

Łączy nas sporo wspomnień towarzyskich, zawsze związanych z arcyciekawymi rozmowami. Wszystkie tworzą piękną fakturę, jedną z tych fajnych stron mojego życia. Ale pierwszy raz, kiedy poczułem autentycznie wzruszenie, to było kilkanaście lat temu. Miałem się byle jak – a Darek i nasz nieżyjący już przyjaciel Jacek Królak urządzili mi we dwóch urodziny. Spędziliśmy je we trzech m.in. przy muzyce Harry’ego Partcha i były to urodziny kapitalne.

Teraz przyszła pora na ten drugi wspaniały prezent. Nawet nie osobisty, bo tu chodzi raczej o sygnał. Darek sam to zresztą ładnie wyłuszczył już na początku audycji, mówiąc (mniej więcej, cytuję z pamięci), że oto porozmawiamy o zabawie słowem, co szczególnie istotne dziś, gdy przekazy medialne stają się coraz bardziej płaskie i błahe.

Dla mnie kunszt słowa – co może nie zawsze widać z tego, co tu piszę, bo piszę impulsywnie – to kunszt zdecydowanie na podium umiejętności człowieka, poza empatią i autoironią. I fakt, że zostałem zaproszony, by porozmawiać przez prawie 50 minut na żywo w radiu publicznym o słowie, o odcieniach, o tym, na ile można w tym rzeźbić – był właśnie sygnałem, że nie wszystkie nasze reduty upadły. Że są ludzie, którzy mają podobną do mojej wrażliwość na słowo, język i jego wielobarwność. A sporo pozytywnych reakcji po audycji – kolejnym sygnałem, że jest też dla kogo to robić.

words-1

{Il. za: http://blogiceo.nq.pl/doroslilicealisci2/2013/03/20/sztuka-zywego-slowa/}

I stąd teraz garstka uwag, które w tamtej audycji nie padły, ale mogą ją uzupełnić.

Przekład literacki to pasja, która dla mnie niewiele ma sobie równych. Nie jest obsesją – nie czytam przekładów wyłącznie jako pretekstów do własnych dociekań, „jak to brzmiało w oryginale i czy zrobiłbym to lepiej”. zarazem jednak, gdy czytam tekst w języku obcym, odruchowo zaczynam kombinować, jak mógłby on brzmieć po polsku. Jaki jest jego styl, poziom, poetyka, ewentualnie dowcip – i ile z tego można odtworzyć w polszczyźnie.

Mój pierwszy majster od tłumaczeń literackich i od razu poetyckich, serdeczny kumpel od 1978 roku, Carlos Marrodán, podał nam na studiach kilka zasad, których warto się trzymać przy przekładzie literackim. Jedną z nich jest, by tłumaczyć tylko to, co się nam podoba, bo wtedy przekład ma większą szansę zassać z nas ciepła osobistego. Będzie, mówiąc patetycznie – owocem miłości.

Zasadniczo trzymam się tego. A ponieważ nieco wcześniej pokochałem twórczość Boba Dylana, efekt mógł być jeden i konsekwencji tego doświadczają dziś koledzy z dylan.pl i w przyszłości Państwo. (Wierzę, może nawinie, może nie, że płytę naszą kupi ktoś poza naszymi najbliższymi).

Ale wyjdźmy poza i ponad Dylana. Przejdźmy do tego, co było tematem rozmowy w Klubie Trójki, czyli przekładu piosenki. Otóż – wierzcie mi Państwo, nie wierzcie, wszystko jedno, mówię prawdę – to jest genialna sprawa. To jest taka zabawa, że lepszą może być chyba tylko scrabble albo ukochany sport. A może nawet one nie są lepsze.

To jest lepsze niż rozwiązywanie krzyżówek, jolek, sudoku. Ma z nimi wiele wspólnego, bo też trzeba zmieścić określone wartości w pewnych ramach. Oczywiście trzeba mieć ucho. trzeba umieć słyszeć frazę śpiewaną, jej strukturę – przeciągnięte sylaby, pauzy, całą dynamikę. Trzeba kochać rytm i intonację. Ale wielu z nas, którzy podśpiewują i nie gwałcą przy tym zamysłów kompozytora, te warunki w zasadzie spełnia.

conundrum-01

{Il. za http://sevenreport.com/the-ejuice-review-conundrum/}

W początkach swojego tłumaczenia piosenek rysowałem sobie schematy akcentowe poszczególnych wersów, zaznaczając rymy, ewentualne rymy wewnętrzne i współbrzmienia kolorkami albo symbolami. Robiłem po prostu diagram tekstu, w który potem, jak w sudoku czy jolce, starałem się powkładać polskie klocki. Zarazem dbając o sens i potencjalnie wysoką wierność.

Dziś już diagramów nie muszę robić, dziś mam je w głowie, pamiętam przekładany tekst – przynajmniej w czasie pracy nad nim. Nawet, gdy jadę metrem i nie mam tekstu przed sobą, jeśli przyjdzie mi do głowy pomysł rozwikłania jakiejś zagwozdki, mogę sobie na gorąco zanotować albo przepowiedzieć w myślach kilkakrotnie – by po dotarciu na popas wkomponować nowy element w powstający puzzle i przyjrzeć się, jak się ma do pozostałych członów. Z reguły ma się nieźle. Chociaż – co stali czytelnicy tego blogu wiedzą (wiedzą? A są w ogóle stali czytelnicy??) – wracam do przekładów po tygodniach, miesiącach, latach. Przeprawiam, bo już jestem o coś mądrzejszy.

Niemniej – każdy kwant tekstu przełożony na polski i 1. wspierający oryginalny sens oraz 2. dający się zaśpiewać w miarę zgodnie z oryginałem – wywołuje dziką radość. Proszę Państwa, to jest doznanie fizyczne, to jest coś jak pierwszy łyk orzeźwiającej wody/znakomitej whisky/wybornie zaparzonej herbaty. Taka mała euforia. A dokończenie całości tekstu – to jest Duża Euforia, przez duże Ł J.

Rozkminienie mnóstwa niuansów, szyfrów, miraży, które oryginał może sobą prezentować – to taka frajda, że nie wiem. Że uch.

I – jak powiedziałem w audycji u Darka – przekład literacki to nie są wyścigi. Tu nie ma zwycięzcy. Przynajmniej wśród tłumaczy. Zwycięzcą może być co najwyżej odbiorca. W audycji była przez kilka minut mowa o czterech różnych przekładach piosenki All along the Watchtower. Ja mogę uważać, że dotarłem w swojej wersji do poziomu, który inni moi koledzy przegapili. Oni mogą uważać inaczej. Odbiorcy może się podobać tylko przekład Andrzeja Keyhy –

Znad strażniczej wieży - A. Keyha

Andrzeja Jakubowicza, Tomka Lipińskiego czy Filipa Łobodzińskiego. Ale – co ważne – ma aż cztery do wyboru. Ma dużo fajniej niż odbiorca anglosaski, który dysponuje tylko jednym oryginałem.

Przekład piosenki to niesamowity ogród. I jest tam miejsce dla nas wszystkich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 1 )
  • Odbiorcy może się podobać tylko przekład Andrzeja Keyhy, Andrzeja Jakubowicza, Tomka Lipińskiego czy Filipa Łobodzińskiego. Ale – co ważne – ma aż cztery do wyboru. Ma dużo fajniej niż odbiorca anglosaski, który dysponuje tylko jednym oryginałem.

    Bardzo to trafne.

    Odpowiedz