loading
28 Wrz

HIGHLANDS

Pamiętam, jak prezentując w Trójce płytę Desire, Piotr Kaczkowski skomentował: „Bob Dylan wyraźnie nie czuje się najlepiej w długich utworach”. W tym względzie pozwoliłem sobie zachować zdanie odrębne.

Co to w ogóle znaczy „długi utwór”? Dla niektórych długi to już 4-minutowy kawałek. Zresztą „długość” bywa kategorią subiektywną, bo „długie” może być coś, co się „dłuży”. W tym sensie, jeśli kawałki w rodzaju Hurricane (osiem i pół minuty), Joey (jedenaście minut) czy Black Diamond Bay (siedem i pół) dłużyły się Piotrowi, znaczyło, że były „niestety długie”. A ponieważ Piotr Kaczkowski to człowiek także rozmiłowany w rocku tzw. progresywnym, z długimi utworami obcował w życiu często. Widać trudniej fagocytowało mu się długie utwory śpiewane. Nie można z tym dyskutować.

Kiedy w sierpniu 1965 Dylan wrzucał w obroty list przebojów Like a Rolling Stone, pokonywał niejako barierę dźwięku – piosenka trwała ponad sześć minut. Dla Dylana nie była to pierwszyzna, od swojej drugiej płyty publikował nagrania jeszcze dłuższe (Ballad in Plain D przekracza osiem minut). Jak wiadomo, wyrastał z innej tradycji niż świat szaf grających, gdzie liczyły się rytmiczność, melodia i zwięzłość. W świecie opowieści przydrożnej utwór długi to normalka. Ale na singlu??

W późniejszych latach piosenki Dylana powyżej sześciu minut nie należały do rzadkości.

Jest taka holenderska strona DPRP, sporządzona przez fanów tzw. rocka progresywnego, która publikuje i aktualizuje listę najdłuższych utworów: http://www.dprp.net/longsongs/longsongs.php. Tam kryterium „długi” odnosi się do kawałków od piętnastu minut w górę. Na tej liście możemy trafić na jeden kawałek Dylana, Highlands. To finał chwalonego albumu Time Out of Mind z 1997 roku. Finał trwający szesnaście i pół minuty. Najdłuższa rzecz, jaką Dylan kiedykolwiek nagrał na oficjalnym albumie. Pozbawiona solówek instrumentalnych. Napakowana tekstem. Snująca się nieśpiesznie w rytm umiarkowanego, rozbujanego bluesa.

Moje zdanie odrębne wobec opinii Piotra Kaczkowskiego z 1976 roku zachowałem do dziś. Uważam, że Bob Dylan należy do tych niewielu twórców, którzy mogą udźwignąć brzemię długiej opowieści. Czy nużącej – to kwestia indywidualnej percepcji. Ja lubię.

Z tego lubienia wzięło się postanowienie, że nawet jeżeli nie przełożę na polski wszystkich utworów Dylana, to chciałbym zmierzyć się przede wszystkim z tymi długimi. Być może to coś podobnego, jak chęć kompozytora form kameralnych, by zacząć wreszcie komponować na orkiestrę symfoniczną (Paweł Mykietyn kiedyś mi wyznał, że od kiedy zaczął pisać duże, sute utwory, kameralistyka przestała go jarać) (ja wolę płodozmian).

Za Highlands wziąłem się w lipcu 2014 roku. Wziąłem się tak, że przekład powstał w ciągu jednego dnia. Trochę furczało. Zdecydowałem się pozostawić realia geograficzne w oryginale, ponieważ Dylan czytelnie nawiązuje do nostalgicznego wiersza-piosenki Roberta Burnsa (1759-1796) My Heart’s in the Highlands (Dylan tak samo rozpoczyna swoją opowieść).

burns

To jedna z wielu w ostatnich dwóch dekadach piosenek (pieśni może raczej), w których Dylan podsumowuje, rekapituluje, oswaja się z końcem. Przygląda się światu z dystansu – i nie są to obserwacje optymistyczne. Widzi coraz większy rozziew między tym, co uważa za istotne, a tym, co napędza ludzi wokół.

world-gone-mad

{Ilustracja za http://indiereader.com/2012/12/world-gone-mad/}

Może to być jednym z efektów odstawienia w 1994 roku alkoholu. Podejrzewam, że doznane w 1997 roku zapalenie osierdzia, przez które wylądował w szpitalu, tylko mu potwierdziło, że czas zmierzyć się z faktem, że „bliżej niż dalej”.

Niemniej w samym środku tej długiej spowiedzi/elegii pojawia się długi epizod „bostoński”, ironiczna anegdota o rozmowie z kelnerką w barze. Narrator przekomarza się na temat sztuki i umiejętności rysowania, pojawia się na moment temat lektur feministycznych. Historia mogła się rzeczywiście wydarzyć, bo kilka innych detali wskazuje, że Dylan pisze o sobie. Choćby uwielbienie dla Neila Younga.

Szykując materiał wyjściowy na naszą płytę, chciałem pokazać Dylana także jako twórcę rzeczy bardzo długich. Stąd obecność już wcześniej omawianej Burzy, stąd także Highlands. Jednak żeby koledzy nie zasnęli podczas gry, zaczęliśmy szukać sposobu na inną aranżację. Trafiliśmy na jakieś koncertowe wykonanie, grane w rytmie szybszym, lekko funkowym.

Riff podpowiedział nam John Mayall utworem The Laws Must Change. I tak to zagraliśmy. Dużo szybciej niż Dylan, ale i tak Highlands jest najdłuższym kawałkiem na płycie, sięga dwunastu minut. Na sposobniejsze chwile. Na słuchanie bez pośpiechu. Na oddech i refleksję.

Podstawę stanowią oczywiście Marek na gitarze basowej, momentami jedynie sugerującej rytm, a momentami tworzącej kościec piosenki, oraz Krzysztof z funkującą perkusją. Do tego Jacek bluesuje na sześciostrunowej akustycznej, a ja gram rytm (albo chwilami w ogóle nie gram) na… gitarze klasycznej. To też trochę wpływ Mayalla i jego rewelacyjnej (bezperkusyjnej) płyty The Turning Point, gdzie właśnie gitara klasyczna wchodzi w skład sekcji rytmicznej.

Pewnie nie będziemy tego utworu grać na koncertach, bo percepcja publiczności w dzisiejszych czasach często uniemożliwia takie harce.

I jeszcze rzeczony tekst polski.

Moje serce jest w Highlands – najpiękniejszej z ziem

kwitnie kapryfolium, gdzie dziczy leśnej czerń

dzwonki się płonią nad brzegiem czystej rzeki Dee

moje serce jest w Highlands, udam się tam, gdy zegar porę wskaże mi

 

Szyby w oknach drżały całą noc w moim śnie

wszystko wyglądało na to, czym właśnie jest

zbudziłem się rano, a tu o tym samym piszą wciąż

ten sam wyścig szczurów, w tej samej klatce ludzi gąszcz

 

Od nikogo nic nie chcę, nie wiem, cóż miałbym wziąć

i jak odróżnić od sztucznego naturalny blond

czuję, jakby mnie więził tajemnic pełen las

szkoda, że nikt nie przyjdzie, by cofnąć dla mnie czas

 

Moje serce jest w Highlands, dokądkolwiek gnam

gdy mnie wezwą do domu, będę właśnie tam

wśród kasztanów wiatr szepcze, wśród łagodnych łąk

moje serce jest w Highlands, za krokiem stawiam krok

 

Słucham Neila Younga już od kilku dni

robię głośniej, ktoś wrzeszczy, żebym ściszył ten ryk

kolejne sceny defilują przede mną jak film

a ja jakbym szybował – o co tu chodzi, czy ktoś zdradzi mi?

 

Szaleństwo od mej duszy z hukiem odbija się

czy jestem na fali? Z pewnością nie

gdybym był przytomny, mogłaby mnie zalać żółć

na co mi ona, skoro nawet do lombardu z nią nie mogę pójść

 

Moje serce jest w Highlands, bardzo być tam chcę

nad jeziorem Czarnego Łabędzia wstaje dzień

białe chmury jak rydwany, co kołyszą lekko się

moje serce jest w Highlands, to będzie mej podróży kres

 

Siedzę w Bostonie, przyjemny jakiś bar

nie wiem, co tu robię, ciszy nie mąci gwar

a może wiem, ale pewności nie mam i tak

podchodzi kelnerka, prócz niej jestem tu tylko ja

To chyba święto, skoro tak jest

ona z uwagą lustruje mnie

ma ładną buzię i parę długich, jasnych nóg

„No, czego chcę?” – pytam, ona na to: „Jaj na twardo, panie mój”

„Masz rację – powiadam – przynieś mi je w mig”

„Przyszedłeś w złą porę, z jaj nie mamy nic”

a potem dodaje: „Jesteś artystą, narysuj mnie dziś!”

Ja jej na to: „Nie rysuję z pamięci, przykro mi”

„Ale przecież stoję tu przed tobą! Ślepy jesteś, czy co?”

„Wiem – ja na to – lecz zapomniałem szkicownika wziąć”

Podaje mi serwetkę i mówi: „Narysuj mnie tu”

„Dałbym radę, ale bez ołówka próżny trud”

Wyjmuje zza ucha ołówek i daje mi

„No, rysuj, nie śpiesz się, mam parę chwil”

Kreślę kilka linii i szkic wręczam jej

z oburzeniem patrzy, mnie serwetkę: „To nie przypomina mnie!”

„Ależ, piękna panienko, łudząco wręcz”

„Chyba żarty jakieś?” – ona, a ja: „Przykro mi, nie”

Na to ona: „Pewnie nie czytasz feministek? Ja cię znam”

„A skąd wiesz – pytam – i czy to znaczenie jakieś ma?”

„Bo mi nie wyglądasz”, a ja na to: „Otóż i błąd”

„No to którą czytałeś?”, a ja: „Erikę Jong”

Ona znika na chwilę, ja cichutko idę do drzwi

wtapiam się w tłum uliczny, który donikąd gna co sił

 

Moje serce jest w Highlands pośród koni i psów

z dala od miasta, w cieniu granicznych gór

tam, gdzie dźwięk cięciwy i strzały świst

moje serce jest w Highlands, tylko tam warto iść

 

Każdy dzień tu, gdzie mieszkam, jest taki sam

poczucie obcości coraz większe mam

na naukę za późno, muszę już tak żyć

pogubiłem się na skutek decyzji kilku złych

 

W parku tańczą i piją w blasku lamp i świec

przysięgom i troskom w ten sposób mówią: „Precz”

sami młodzi chłopcy i dziewczęta cud

w sekundę zamieniłbym się z nimi, gdybym tylko mógł

 

Na drugą stronę idę, boję się złego psa

monolog snuję do siebie sam

może mi potrzebny skórzany, długi trencz

ktoś mi wciska ulotkę, wyborczy cyrk zaczął się

 

Zaczyna padać na mnie słońca blask

już nie to słońce, co kiedyś, i już nie ten ja

nie ma o czym gadać, właśnie skończył się bal

dzięki nowym oczom wszystko odpływa mi w dal

 

Moje serce jest w Highlands w przedświtowej mgle

za siedmioma górami, daleko hen, hen

ale da się tam dostać, wystarczy wysilić myśl

od dawna duchem tam jestem, to wystarczy mi na dziś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 11 )
  • Adam

    Coś mi brakuje tego napięcia w scenie z kelnerką, w oryginale niemal zahacza o wulgarność. Z tego co pamiętam, to na serwetce może to „zrobić” a nie narysować. A może to tylko w mojej starej głowie ..ehhh Idę poszukać ołówka 🙂

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Zrobić, zrobić. Może wydawało mi się, że sama sceneria jest już tak sugestywna, że dwuznaczności nie są konieczne, zwłaszcza, że po angielsku w tym kontekście „do it” naprawdę było niemal nieuniknione, zważywszy posiłkowość czasownika „to do”. Z drugiej strony – gdyby ona była taka wyrywna, to może nie szarpałaby narratora w sprawie feministek.
      Z trzeciej – czy naprawdę „napkin” zmieniałaby cokolwiek, gdyby chodziło o odbycie szybkiego zbliżenia? Tak sobie luźno myślę. „Napkin” zmięłaby się w try miga. Tu lepszy byłby „table cloth”.
      Ale „jaja na twardo” zostały 🙂

      Odpowiedz
      • Adam

        nie chcę się wysilać na oryginalność a tym bardziej wyjść na erotomana. ta scena było gorąco dyskutowana na forum po wyjściu TooM. serwetka to ponoć kpina z potencji narratora, który zresztą sam gdzieś tam przyznaje że nie wie gdzie jest jego ołówek, w ogóle nie wie po co przyszedł a może wie tylko nie jest pewien (chce ale nie chce). dla mnie kpina z koncepcji freudowskich. Za pokutę proszę przetłumaczyć Ballad of a thin man- ciekawe jak Pan sobie poradzi z tamtym ołówkiem 🙂

        Panie Filipie, robi Pan świetną robotę, tłumaczenia znakomite, z niecierpliwością czekam na płytę i koncerty- także proszę wybaczyć czepialstwo. Pozdrawiam

        Odpowiedz
        • Filip Łobodziński

          Còż, Thin Man już nagrany… Tam poszedłem w inną stronę interpretacyjną. Ale z Dylanem tak jest, że trzeba się zdecydować na jakiś trop. To są realia u nas nieznane, trochę jak tłumaczenie ufokowi, co to jest Trójca Święta. Mam świadomość, że czasem polegnę, ale globalnie przynajmniej „coś” zrobiłem.

          Odpowiedz
          • ADAM

            Dla mnie bomba. Dużo Panu prywatnie zawdzięczam bo nie będę już musiał nieporadnie tłumaczyć (równie nieporadnymi tłumaczeniami) dlaczego słucham tej beczącej kozy (u nas najczęściej się powtarza, chociaż w strefie anglosaskiej najczęściej jest żaba).

            Cóż, i Dylanowi i Panu życzę rychłego Nobla, co mam nadzieje zbiegnie się z wydaniem płyty dylan.pl. Już widzę te miny zelotów, kiedy wyciągnie Pan tłumaczenia Dzieł Wszystkich czcigodnego laureata. Do tego w wersjach, które niniejszym ogłaszam kanonicznymi. Proszę pamiętać że byłem pierwszy 🙂

            A jeśli chodzi utwory dłuższe, to co z Bronsville Girl? Jak będzie to obiecuje kupić 2 płyty i po 2 bilety na każdy koncert. Jak na film z Gregory Peckiem

          • Filip Łobodziński

            Bardzo Pan mi pochlebia. Kanoniczne… Przede wszystkim pierwsze masowe i jakoś tam rzetelne.
            Złożyłem w Biurze Literackim zbiór 130 piosenek Dylana. Walczą o prawa, bo Special Rider Music zażyczyło sobie prawie $200 od sztuki tekstu za wydrukowanie w książce, co uczyniłoby książkę bardzo drogą… A to mała oficyna poetycka.
            Browsville Girl tam jest. Przełożyłem to dla mojej córki, której strasznie podobała się faktura tej opowieści i fakt, że taki epos był na liście Trójki za moich czasów wojskowych. Bo był! Słuchałem na poligonie w Gaudynku pod Orzyszem. U mnie to jest Dziewczę znad Rio Grande.

          • Filip Łobodziński

            A w ogóle to rzadko się w Polsce zdarza popingpongować sobie z kimś o takim poziomie Dylanowskiej kumacji, że aż budzi szacunek. Bardzo dziękuję za Pańskie komentarze. Najprzykrzej wysyłać sondy kosmiczne, na które nikt nie czeka.

  • Adam

    Dziękuje za miłe słowa. Rzeczywiście niewielu w Polsce Dylanofilów. Kilka lat temu zginął w wypadku największy jakiego znałem – Artur Jarosiński. Bardzo by się ucieszył z dylan.pl. Może da się mu coś zadedykować?

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Całą płytę już dedykujemy po prywatnej linii pewnej 21-letniej Dylanofilce, która przegrała paroletnią walkę z chorobą. Ale w ujawnieniach na żywo niewykluczone. Zapiszę sobie.

      Odpowiedz
      • Adam

        o niej też pomyślę gdy zobaczę spadającą gwiazdę, przepraszam że nie pomyślałem wcześniej

        Odpowiedz
  • Marcin Kwiecień

    Drugie masowe. Pierwsze rzetelne. Po kronikarskiej poprawności. ?
    A odnosząc się do ceny za utwór, to pragnę wyrazić zdanie następujace. W nieodległym czasie poeta Świetlicki wyraził pogląd, bycia przeciwnym wyskakiwania przez Państwo z kasy na rzecz utrzymywania POETÓW (i artystów ogólnie ). Zaoponował mu pięta Dehnel broniąc sensu sponsoringu, jakoby taka była tradycja i sens istnienia POETÓW.
    Dzieła powstałe na „etacie” jakoś gremialnie rozczarowują, przynajmniej mnie. Czym innym mecenat prywatny, tu każdy sobie i swoje.
    Jestem za dokładniem przez Państwo do … tłumaczy. I wydawnictw takich jak Biuro Literackie.
    Biblioteka Narodowa powinna dążyć do zgromadzenia wszelkich dóbr związanych ze Słowem.
    Mamy peerel za sobą. Dużo czasu w plecy i wiele do nadrobienia. Na Topach Wszechczasow mogą królować dzieła ulotne, ale nie chwilowy gust ulotnej gawiedzi stanowi co ważne dla kultury i pamięci. Dlatego ważne jest istnienie tłumaczeń i Joycea i Dylana.
    Bo to dziedzictwo kulturowe procentujace na rozwój naszej kultury.
    Biuro Literackie już wydało jeden skarb. Laurie Anderson. Teraz Dylan.
    Klasa.

    Odpowiedz