loading
14 Lis

BLACK DIAMOND BAY

Dylan zaśpiewał tę piosenkę na koncercie tylko raz – 25 maja 1976 roku. Szkoda, bo rzecz jest zniewalająca.

Współautorem tekstu znów – jak w przypadku większości utworów z płyty Desire – był reżyser i psychiatra Jacques Levy (skądinąd postać na własny rachunek interesująca).

jacques-levy-20041

{Fot. za http://alchetron.com/Jacques-Levy-715390-W}

Być może to jemu zawdzięczał Dylan (i my) dramaturgię i wielość postaci, które się tu pojawiają, a co za tym idzie, także wielość perspektyw. Ale ponieważ Dylan rok wcześniej chadzał na kursy scenariopisarstwa, mógł sam optować za takim wariantem.

Mamy tu kasyno na wyspie tropikalnej, mamy wulkan, mamy kapelusz panamę – niektórzy wskazują na silną inspirację Zwycięstwem Josepha Conrada. Czy inspiracja jest silna – nie jestem pewien. Tam mamy do czynienia z tajemniczym skarbem i melodramatem, tu – z zupełnie czymś innym. Ale, żeby nie było, portret Conrada widnieje na okładce płyty 🙂.

conrad-desire

Przez wszystkie zwrotki poza ostatnią obserwujemy wyspę, która z wolna opada ofiarą śmiercionośnej erupcji wulkanu. Niemal wszystkie postaci snują tu pewne marzenia lub nawet próbują zrealizować plany – hazardują się, zabiegają o względy anonimowej bohaterki, ba, nawet wieszają się na sznurze w pokoju hotelowym… A lawa płynie.

lava

{Il. za http://www.gettyimages.com/detail/video/view-of-lava-flowing-through-tropical-forest-stock-video-footage/102937766}

Galeria postaci, sytuacji i emocji sunie przed oczami, zmontowana jak film… I coś w tym jest. Puentę stanowi, co łatwo przewidzieć, zwrotka ostatnia, w której narrator siedzi w Los Angeles przed ekranem telewizora i gapi się na wiadomości. Dowiaduje się o kataklizmie na jakiejś wyspie – ale o trzęsieniu ziemi, nie o wulkanie. Detale się zgadzają, jest panama, są greckie buty, ale co go to obchodzi, skoro i tak nie planował nigdy się tam wybierać…? Czytelna zjadliwość wobec zarówno mediów amerykańskich, jak i ich odbiorców, dla których njusy o egzotycznych tragediach to nudy i zawracanie głowy.

Big woman eating fast food and watching TV. Isolated.

{Il. za

http://naturalon.com/top-5-foods-that-can-cause-constipation/}

Piosenka w oryginale ma hipnotyczny rytm, wygrywany przez (nieżyjącego już) perkusistę Howie’ego Wyetha. Dzięki temu rytmowi najpierw zwróciła wówczas, w 1976 roku, moją uwagę, ją zapamiętałem pierwszą z całej płyty.

Kombinowałem z innymi rytmami, najbliżej było mi do tego, co kojarzy się z Bo Diddleyem.

https://www.youtube.com/watch?v=lJj22Z006ec

Jednak ostatecznie w zespole zdecydowaliśmy się na wierność oryginałowi. Nie mamy skrzypiec w składzie, które (w rękach Scarlet Rivery) w ogóle ustawiły brzmienie płyty Dylana. U nas podobne zagrywki robi Jacek na sześciostrunowym akustyku. Ja gram na dwunastce, Marek na basowej, Polo na perkusji i shakerze, a towarzyszy nam niezawodny Tomek Hernik na akordeonie.

Piosenka należała do ukochanych Marysi Łobodzińskiej. Marysia była nawet z nami na próbie, kiedy robiliśmy demo utworu. 

dsc_0002

Co pozostaje? Wytłumaczenie się z przekładu. Chciałem zachować męską końcówkę tytułowego miejsca. Poprzez ciąg myślowych skojarzeń tropikalnych – zahaczyłem o „czarne złoto” czyli ropę – doszedłem do Portu Czarnych Łez. Waltera Cronkite’a uogólniłem do „znanego anchormana”. Reszta pozostała niemal nietknięta. Przekład powstał w lipcu 2014 roku. Właściwie w jeden dzień.

Przeszła cicho po tarasie w panamie i w krawacie

leciutka jak myśl

w paszporcie zdjęcie ma z dawnego miejsca, z dawnych lat

inna jest dziś

a resztki jej poprzedniej

tożsamości precz unosi wzbierający wiatr

przez marmurowy idzie hall

ktoś zaprasza ją głośno do jednej z hazardowych sal

nie wchodzi tam, choć uśmiecha się

księżyc zbladł i już nowy nadciąga dzień

nad Port Czarnych Łez

 

Na wschodzie widać słońca czubek, Grek schodzi, prosi o ołówek

i mocny sznur

na to portier: „Pardon, Monsieur –        z wolna zdejmuje fez –

nie rozumiem pana słów”

żółta mgła unosi się

Grek na piętro gna czerwony jak dziesiątka kier

ona mija go na schodach,

myśląc, że to ambasador ZSRR

odzywa się, lecz on nie przestaje biec

palmy gną się i napływa chmur cień

nad Port Czarnych Łez

 

Konus pierścień sprzedać chce żołnierzowi, ale ten

targuje się z nim

nagle piorun, siada prąd, ocknięty portier krzyczy w głos:

„Na pomoc, bo nie widzę nic!”

Grek na piętrze, boso już,

na szyję pętlę zakłada i ociera pot

pechowiec zaś w kasynie mówi:

„Gram dalej, nową talię weź i rozdaj ją”

lecz krupier na to: „Attendez-vous, s’il sous plaît”

dźwigi łamią się, gęsty zwala się deszcz

na Port Czarnych Łez

 

Portier kobiecy słyszy śmiech, po scenerii piekła rozgląda się

i już cały drży

żołnierz chce jej pierścionek dać: „Weź, zapłaciłem słono zań!”

a ona: „To za mało, uwierz mi”

i na górę biegnie

po swój kufer, riksza czeka na ulicy już

napis mija „Nie przeszkadzać”

na klamce drzwi, które zamknął właśnie Grek na klucz

mimo to puka i próbuje wejść

gra orkiestra, mrok wzdłuż otula i wszerz

Port Czarnych Łez

 

„Muszę zamienić słowo z kimś! – przez drzwi krzyczy, lecz Grek żąda: „Idź!”

wykopuje stół spod nóg

bezwładnie wisi już nad sofą, ona woła: „Mamy katastrofę

otwieraj szybko, szkoda słów!”

Wtem wybucha wulkan

i wrząca lawa z wolna spływa w dół na senny port

konus wraz z żołnierzem w kącie

na jawie o romansach zakazanych śnią

portier wzdycha: „Zdarza się co dzień”

w mroku płoną już pola oliwnych drzew

płonie Port Czarnych Łez

 

Wyspa tonie pośród fal, wreszcie w jednej z hazardowych sal

pechowiec rozbija bank

„Za późno – krupier krzywi nos – na tamtym świecie pełen trzos

niewiele będzie chyba wart”

żołnierza w ucho konus gryzie,

kocioł strzela, podłoga się zapada w dół

ona staje na balkonie,

nieznajomy szepcze jej: „Kochanie, je vous aime beaucoup”

ona do modlitwy składa dłonie swe

pożar w krąg spowija w płomienny tren

Port Czarnych Łez

 

Pamiętam ciepły wieczór ten, gdy w telewizji znany anchor man

jak zwykle coś truł

trzęsienie ziemi było gdzieś, znaleziono tylko pierścień, fez

panamę, stary grecki but

jakieś zagraniczne nudy –

wyłączyłem i poszedłem napić się

za każdym razem karmią nas

cudzymi tragediami, aż się czujesz źle

a i tak na liście wymarzonych miejsc

które chciałbym zwiedzić, nigdy nie znalazł się

Port Czarnych Łez

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 7 )
  • Adam

    Panie Filipie- kto to jest Portier kobiecy? Jakaś funkcja czy skrót?

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Taki, co pała dzięcieliną. A serio – to szyk przestawny. W śpiewaniu wychodzi łatwo, że śmiech jest kobiecy.

      Odpowiedz
      • Adam

        aha, bo już chciałem zasugerować „Portierę” żeby było poprawnie, chociaż nie wiem czy wciąż jeszcze można śmiech przypisywać konkretnej płci 🙂

        Odpowiedz
        • Filip Łobodziński

          Kobiecy brzmi inaczej.

          Odpowiedz
          • Adam

            niby tak ale czy jeszcze wolno o tym tak otwarcie mówić? people are crazy and times are strange

          • Filip Łobodziński

            Tym bardziej.

  • Piotr Sakwerda

    Dla mnie ten tekst mógłby mieć podtytuł „Pod wulkanem II” – skojarzenie oczywiście nie przypadkowe 🙂 Ten sam duszny klimat (dosłownie i w przenośni) i takie samo poczucie beznadziei jak w powieści Lowry`ego…

    Niestety, „It happens every day” – obserwujemy te cudze tragedie na monitorach TV i łudzimy się, że nas one nie dotyczą.

    Odpowiedz