loading
12 Gru

SEÑOR (TALES OF YANKEE POWER)

 

Nieco rzewna, balladowa melodia w doskonałej harmonii z zagadkowym, suplikacyjnym tekstem zmęczonego wojownika intymnych batalii.

Także ci, którzy nie darzą płyty Street-Legal szczególnym sentymentem

(ja darzę, w dodatku to wg mnie płyta Dylana z najlepszą okładką ever), przyznają, że utwór wystaje ponad zwłaszcza dwie sąsiadujące. Niefortunne wybory producenckie zaważyły, że płyta nawet po stosunkowo niedawnym remasteringu brzmieniowo pozostaje w cieniu Desire (ten sam producent) i Slow Train Coming (inny). Album obciąża też niewyrafinowana, dość kilofowata perkusja Iana Wallace’a (ex-King Crimson, co ze smutkiem przyznaję, bo tam facet się sprawdzał). Niemniej – Señor urzeka.

I wprawia w zakłopotanie, bo znów nie ma zgody co do tego, o czym to w ogóle jest. Kto jest tytułowym „panem”, w dodatku z hiszpańską ortografią? Kim jest kobieta, do której tęskni narrator? Skąd nadciągają czarne chmury, których zapach daje się wyczuć w postaci smrodu smoczego ogona, pogłębiony atmosfera zagubienia i obrazami katastrofy?

Jest kilka pomysłów. Ów Señor to Bóg – mówią jedni. To diabeł – inni. A jeszcze inni – to Ameryka. Albo może jakiś mroczny typ w rodzaju Obieżyświata z Władcy Pierścieni, ktoś zrazu podejrzany, ale w efekcie godny zaufania. A kobietą? Niektórzy wskazują, że to właśnie ona jest tą Ameryką, idealną i nieuchwytną.

Hiszpańska pisownia wskazuje, że może tu chodzić o krytykę tajnej, jawnej i dwu-płciowej obecności Stanów w krajach na południe od Rio Grande. Dodatkowo już w pierwszej zwrotce mowa o drodze do hrabstwa Lincoln, czyli o miejscu, gdzie dwaj przyjaciele z podłych szlaków, William Henry Bonney (znany jako Billy the Kid)

i Patrick Floyd Garrett

(od niedawna szeryf), stanęli oko w oko jako przeciwnicy. A więc Nowy Meksyk. A więc Pogranicze, rejon zatartych rygorów moralnych.

Czy Billy i Pat naprawdę byli przyjaciółmi, nie jest pewne, ale w pamięci mitycznej byli.

Siadając w styczniu 1987 roku do przekładu, miałem przed sobą słowa Dylana, własne domysły i nic poza tym. Mało wiedzy, to pewne. Dlatego dwie dekady później, w lipcu 2007 roku, przerobiłem tamten przekład gruntownie. Ostało się kilka wersów, kilka fraz, reszta powstała na nowo.

Droga do Lincoln to obraz czytelny dla (oczytanych) Amerykanów, ale w Polsce nie rezonuje. Dlatego zamiast egzotyzować, oswoiłem poprzez uogólnienie, dając pojęcie dla Polaków bardzo istotne: „spór o honor”. Oryginalne „let’s overturn these tables” odczytałem jako dalekie nawiązanie do Jezusowego przegnania kupców ze Świątyni. „Stoły” stały się dla mnie straganami. I dlatego proponuję „wywróćmy te ich budy”.

{il. za https://possessthevision.wordpress.com/2009/01/26/jesus-the-laver-teaches-disregard-status/}

Koledzy z zespołu uznali, że tekst jest mocny. Każde pochlebstwo osłabia siłę woli, więc się poddałem i już nic nie zmieniam.

Aranżacyjnie nie staraliśmy się tu odkrywać Pogranicza. Zagraliśmy w podobnym tempie, w podobnym nastroju do oryginału. Tylko Krzysztof gra o wiele subtelniej niż Wallace.

Jacek ornamentuje na szóstce akustycznej, Marek trzyma w garści harmonię na gitarze basowej. Ja uderzam w struny dwunastki akustycznej, czasem trącam je szerzej. I śpiewam oczywiście. Starałem się śpiewać głosem zmęczonego wojownika intymnych batalii. Pamiętam, że podczas nagrania miałem bardzo gorzkie wspomnienia. Ale może to trzeba było zaśpiewać jeszcze mroczniej?

Piosenka zyskała dodatkowy wymiar dzięki Tomkowi Hernikowi, który przesycił ją swoim akordeonem

,

a w drugiej części dorzucił jeszcze chór puzonów.

Słowa zaś brzmią tak:

SEÑOR (Z DZIEJÓW JANKESKIEJ POTĘGI)

Señor, Señor, powiedz, co jest naszym celem

spór o honor czy też Armagedon?

Znam ten pejzaż, chociaż nie wiem skąd

gdzie tu prawda, a gdzie fałsz, Señor?

 

Señor, Señor, może powiesz, gdzie się skryła

czy daleka droga, czy już bliska?

Jak długo w drzwi mam wbijać jeszcze wzrok?

Czy tam odpocząć będę mógł, Señor?

 

Ciągle wieje tu przez górny pokład wicher zły

ciągle wisi na jej szyi ten żelazny krzyż

ciągle w pustym mieście zespół dęty marsza rżnie

tam, gdzie kiedyś mnie objęła szepcząc „Nie zapomnij mnie”

 

Señor, Señor, widzę, że wóz jedzie drogą

wietrzę blisko smoczy ogon

tej niepewności mam już dość

mów, do kogo mam się zwrócić tu, Señor

 

Wciąż pamiętam jeszcze, że nim ukląkłem nagi tu

w magnetyczne pole zarył pociąg, który głupców wiózł

Cygan ze złamaną flagą i z pierścieniem zjawił się

mówiąc: „To naprawdę dzieje się, mój synu, to nie sen”

 

Señor, Señor, jak skóra twarde są ich serca

daj mi chwilę, niechże się pozbieram

tylko wstanę z ziemi, zrobię krok

gdy będziesz gotów, to ja też, Señor

 

Señor, Señor, powyrywajmy druty

wywróćmy te ich budy

nie podoba mi się miejsce to

powiedz, na co wciąż czekamy tak, Señor?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 17 )
  • Piotr Sakwerda

    Polski tekst balladowo płynie…
    Kapitalne są te niejednoznaczności i niedopowiedzenia…

    Moją uwagę w tekście przykuły tym razem niezbyt (pozornie) pasujace do przedstawianego świata sformułowania: „górny pokład” i „magnetyczne pole” – nie mam w tym momencie możliwości siegnięcia do oryginału – to wierne tłumaczenie czy interpretacje?

    Pozdrawiam serdecznie
    Piotr

    PS. Panie Filipie, a jakie wrażenia z Teatru Polskiego?

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Upper deck… Magnetic field… wszystko jest. W Teatrze fantastycznie, bo publiczność była responsywna & reaktywna ☺. Czuliśmy, że jesteśmy tam razem z nimi.

      Odpowiedz
  • adam

    Też mi się bardzo podoba, koncertowo również przednie wypadło (może najlepiej?). Dla mnie to dość jednoznaczna jak na Dylana zapowiedź Kontraktu z Panem (Lord/Senor?) Parę odwołań do Apokalipsy, symbolika chrześcijańska, jakaś Piotrowa gorliwość w narracji, no i ten….pociąg 🙂

    Odpowiedz
  • jarek

    Dajcie płytę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    Odpowiedz
  • Marcin Kwiecień

    Przeczytałem wpis. Zobaczyłem zdjęcia. I być może tym kluczem sugesti pojawił mi się obraz skojarzeń podczas lektury samego „Señor”. Albo przez naprawdę dużą moc samego tekstu.
    Podmiot liryczny, chociaż w tym kontekście wizualnym z lirycznością kontrastuje, pojawia się jako jeden z takich jak ci z „Dzikiej bandy” Peckinpaha. Ostatnia akcja, ostatnia opowieść, ostatnia rozpierducha. Bo nadszedł kres znanego świata. I nie ma co ojękiwać życia, choć po poprawdzie jego końca, bo w sumie dobrze wyglądało. I z lekka spoglądając w górę, siedząc a nie klęcząc, rzec „Panie… (Bóg choć na pewno jest Polakiem rozumie tez Señor)” , a może nawet …”Ojcze”? By usłyszeć „Synu, już powoli kończ. I chodź.”
    Najlepsze, najsugestywniejsze tłumaczenie obok Tempest.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Jestem przejęty.

      Odpowiedz
      • Marcin Kwiecień

        To niezwykłe jak zmienia się tekst po usunięciu emordek

        Odpowiedz
        • Filip Łobodziński

          Jak?

          Odpowiedz
          • Marcin Kwiecień

            Niebanalne. I zwodniczo.
            Jak w tekście polskiego kandydata do Nobla ( zróbmy mu to, zgłośmy go, niech będzie zabawnie – Lala, której but się rozwala, nie wytrzyma) o torcie w 6 kawałkach.
            Emordki są jak śmiech i westchnienia z offu, zastepują konieczność rozumienia. Zachwycił mnie tłum dla których dylemat czytanie czy rozumienie jest wciąż żywy. Tłum dający nowe życie opowieści o torciku.
            Ma to także odniesienie do Dylana. Jak coś inne to niepewne. Jak nie rozumiane to masy szukają swojego zdania na forach internetowych. Jest czy nie jest poetą? Miał czy nie miał prawa odpisac/wystąpić? Zanika, ku mej nie ukrywanej radości, zdolność wyłapywania ironi i dystansu. Zrobiło się zabawnie( coraz mniej muszę śmiać się z samego siebie aby mieć ubaw).

  • Adam

    A są jakieś auttejiki z sesji, np fantastyczna 43 minutowa wersja Red River Shore z Bobem na mandolinie? 😉 Wypadałoby

    Odpowiedz
    • Adam

      Otworzyłoby to świat spekulacji czym mógłby być ten album gdyby….

      Odpowiedz
      • Adam

        Aha,już ostatnia uwaga. Proszę na koncerty zakładać kapelusz, jakoś tak się nie godzi bez kapelusza

        Odpowiedz
        • Filip Łobodziński

          Oj nieeeee, bez kapelusza! Kapelusz na mnie fatalny, budzi rechot. Poza tym my nie wchodzimy w cudze buty i kapelusze.

          Odpowiedz
          • adam

            nie wyobrażam sobie Black Diamond Bay bez panamy. może być własny 🙂

          • Filip Łobodziński

            Ale to ona miała panamę. Gawędziarz tylko relacjonuje. Nb. Dylan w filmie Masked and Anonymous ma w jednej piosence kapelinder… tył na przód. I minę, jakby nic się nie stało…

          • Marcin Kwiecień

            Podczas wykonywania Romansu zespół miał być w sombrerach i ew. w okolicznościowych wąsach