loading
13 Kwi

W TYCH DNIACH NIEPEWNYCH

Właściwie można by określić twórczość Dylana poezją postną.

Przeglądam jego teksty i nie dostrzegam w nich typowo rock’n’rollowego rozpasania, hedonizmu, zagarniania życia i świata pod własne siedzenie. Nie ma tam właściwie niczego, co by utwierdzało mnie w przekonaniu, że zasadniczo jest zajebiście.

Wczoraj w tramwaju zagadnęła mnie nieznajoma pani w wieku balzakowskim: „Przepraszam, że zawracam głowę, ale muszę panu pogratulować. Nigdy nie byłam fanką Dylana, ale znajomi kupili książkę i płytę, zaczęłam przeglądać, potem słuchać – i to fantastycznie wyszło. Naprawdę trafia do serca”.

Jest to opinia niezwykle pochlebna, tym bardziej, że pochodzi nie od fanki, a osoby, która spokojnie sobie żyła bez Dylana w życiu. I beze mnie. Cytuję ją, bo oczywiście trochę karmię własną próżność, ale głównie dlatego, że padają tam słowa o „trafianiu do serca”. Bo sam się zastanawiam, do czego mi Dylan trafia. Do serca? Do rozumu? Do bebechów? Do wszystkiego po trochu?

Najprostsza, najwłaściwsza i najtandetniej brzmiąca odpowiedź brzmi: do duszy. Dusza w tym wypadku to coś pomiędzy sercem a rozumem, struna wrażliwa na bodźce nie tyle emocjonalne, nie tyle racjonalne, ile duchowe. W triadzie z szekspirowskiej Burzy Dylan trafia mi więc do wewnętrznego Ariela, a nie do wewnętrznego Kalibana czy wewnętrznego Prospera. W triadzie z Dostojewskiego – do Aloszy Karamazowa.

Nawet, gdy w High Water (For Charley Patton) śpiewa „jump into the wagon, love, throw your panties overboard” (w moim przekładzie „do fury wskakuj, lalka, majtki zrzuć i poczuj wiatr”), nie ma w tym nic z sensualności i hedonizmu. To znaczy jest, ale ujęte w cudzysłów. To nie Dylan (już starszy pan) śpiewa od siebie, ale narrator utworu, który w obliczu zbliżającego się kataklizmu chce może ostatni raz zaznać rozkoszy – a dopiero dalsze wydarzenia każą mu się opamiętać, dostrzec innych wokół. Bliźnich.

https://www.youtube.com/watch?v=7fdqF4XIUsE

W jego piosenkach jest nieustannie widoczna skaza, z trudem (i nie zawsze) gojąca się blizna. W tym krajobrazie idealnym co rusz jest jakaś brzydka plama. Nawet najcudowniejsze, najbardziej słodkie utwory miłosne – najczęściej wskutek specyficznej barwy głosu Dylana – ciągną za sobą smugi cienia, niedomówienia, zaćmienia.

Piosenki Boba Dylana to też jest więc opcja na Wielki Post. I na Wielkoczwartkowe lęki, że oto ‘nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza’, że może ‘nigdy nie będzie takiego lata’…

Pozostaw odpowiedź Marcin Kwiecień Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 11 )
  • Marcin Kwiecień

    Ta Pani miała rację. Dylan umyka wielu. Odkąd zezłościliśmy Boga i ten pomieszał nam języki, pozostało nam ułudne poczucie, że pojmujemy ” co niesie pieśń”. Do niedawna był wspaniałym tekściażem i kompozytorem. A stał się poetą śpiewającym swoje wiersze. Tłumacz, ten co łączy ludzkie języki, nietylko pojmuje ale wie jeszcze jak to powiedzieć.
    Dylan jest o krok przed resztą. Widzi podszewke Świata. W szczęśliwej Ameryce, w hipisowskiw odlocie, w miłości nieskalanej dostrzega kształt rzeczywisty. Nie jest klakierem rzeczywistości. Tylko sobie śpiewa w kraju wolności, z nutą ironi, o jej niedoskonałości. A że ma lepszy głos niż Ginsberg to łatwiej wysłuchać „jak to jest”.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      „Nie jest klakierem rzeczywistości” – powiało geniuszem.

      Odpowiedz
  • comiliton

    Znakomita płyta i książka. Ujęło mnie bardzo odniesienie do „Ostatniego z wielkich” w „Balladzie o cieniasie”. Świetna robota!!!!Dziękuję!!!

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Cudnie, że Pan to zauważył! Też dziękuję. Dziękuje-MY.

      Odpowiedz
      • comiliton

        Jeżeli jeszcze można zaytać to bardzo ciekawi mnie tłumaczenie fragmentu „Shelter from the storm” – „Well, the deputy walks on hard nails[…]. W Pana przekładzie jest to o rozpychaniu się łokciami. Ja nigdy nie zrozumiałem o co mogło Dylanowi tu chodzić i skąd się wzięło takie a nie inne tłumaczenie? Pozdrawiam

        Odpowiedz
        • Filip Łobodziński

          Gdzieś się doczytałem, że „to walk on hard nails/tough nails” oznacza iść, nie zważając na innych, po trupach. Pasowało mi. Tyle 🙂

          Odpowiedz
  • Marcin Kwiecień

    Powiało? Dylan jest geniuszem nieprzewiewnym. ☺

    Odpowiedz
  • Leszek W

    Panie Filipie!
    Znów nudy. 🙂
    Dziękuję, tym razem za rozmowę w „Tygodniku Powszechnym” nr 17. WIELKI SZACUNEK! Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      To zasługa pana Prochyry, który fajnie indagował. Dziękujemy!

      Odpowiedz
  • Adam

    Chyba nikt dokładnie nie wie jak to się przenosi. Z pewnością jest to choroba wysoce zakaźna ale niezbyt zaraźliwa. Często zakażenie rozwija się przez kilka bezobjawowo. U mnie np. trwało to od kontaktu z Brownsville Girl do pełnego obrazu klinicznego przy Oh Mercy.
    Lekarze do dziś nie znają lekarstwa ale pocieszające jest, że da się z tym żyć. Choć łatwo nie jest. Ja od kilku dni potwornie męczyłem się z dżdżem. Coś mi nie grało, nie grało i nie grało. I wiem! Gdzieś zgubiło się New Orleans, Delacroix, Montague Street. Brzmiały jak zaklęcia, odległe galaktyki. I tak mnie zżera ta choroba każdego dnia. Ale mam nadzieję, że będzie mała epidemia.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Musi Pan teraz zaklinać Rowem Filipińskim i Golfsztromem. Albo odrzucić deżdż i wracać po starych śladach krwi na ścieżkach dźwiękowych.

      Odpowiedz