loading
15 Cze

REFLEKSJE POD-RÓŻNE

Jedną z najtrudniejszych publiczności jest oczywiście młodzież. Ale też niekiedy najwspanialszą.

Trzynaście spotkań w jedenastu miejscowościach w siedem dni. W sumie przejechane ponad 2800 kilometrów. Nigdy w życiu nie miałem takiej rajzy przez Polskę. I to bardzo różną Polskę – od Bałtyku po Górny Śląsk, od metropolii typu Gdańsk, Katowice, Poznań – po miejsca znane względnie nielicznym, jak Świeszyno czy Karsko.

Z reguły spotkania odbywały się w bibliotekach, co jest naturalne, bo one – zwłaszcza w tych mniejszych ośrodkach – są ośrodkami, do których lgną ludzie pragnący kultury. Czasem był to klub pracowniczy, czasem ratusz, czasem degustatornia whisky (!!!). (Naprawdę).

Raz trafiliśmy do szkoły. Było to dwujęzyczne gimnazjum w Poznaniu. Godzina południowa, a więc młodzież około lat 12 spędzona na małą salę gimnastyczną. Zapewne bez wielkiej chęci. Tym bardziej, że jest to szkoła, gdzie uczniowie rano zostawiają w specjalnej przechowalni telefony komórkowe, więc nie mają się specjalnie czym zająć podczas nudnej celebry.

A niemal nigdzie nie dostałem od widowni tylu pytań – I TO W 90% NA TEMAT DYLANA I PRZEKŁADÓW – co tam. Jeden z nauczycieli powiedział, że zrobił wcześniej lekcję o Dylanie, ale to wystarcza? Jak widać – jeśli młodzi są ogólnie przytomni, to tak. Mało tego – chyba ponad dziesięcioro dzieciaków kupiło książki.

Zaimponowali mi.

W każdym miejscu staraliśmy się z Biurem Literackim (Artur Burszta + Ola Olszewska) realizować inny scenariusz spotkania.

Czasami miało ono postać „rozmowy z ciekawym człowiekiem”.

Czasami wybieraliśmy po jednej piosence z każdego rozdziału książki i robiliśmy taki „koncert” recytatorski, prezentujący Dylana o różnych obliczach.

Raz była to prezentacja przekładów, obejmujących całą jedną płytę (Bringing It All Back Home).

Raz – koncert muzyczno-czytelniczy. Wsparł mnie wydatnie Jacek Wąsowski, który specjalnie dojechał do Gliwic. Niestety publiczność, złożona z wykształconych ludzi, miała w swym gronie zapominalskich – kilkakrotnie rozdzwoniły się komórki w torbach.

Raz zostałem w pytaniach zaatakowany za dawną rozmowę z Lechem Wałęsą, kiedy to jakoby „przywoływałem go (publicznie) do porządku”. Osoba wypominająca mi to pomyliła mnie z Piotrem Gembarowskim, a Wałęsę z Marianem Krzaklewskim…

Ale bywało, że bardzo młoda osoba pytała mnie, jak to możliwe, że przejście Dylana na gitarę elektryczną w 1965 roku wywołało taki szok. A więc nie dla wszystkich Dylan jest postacią kompletnie nieznaną (w jednym miejscu na nasze pytanie, kto zna choćby jeden jego utwór, nie podniosła się żadna ręka…).

Najżywiej – ogólnie – przebiegały spotkania w małych miejscowościach. Tam jest największy głód rozmowy o kulturze.

Zmęczony – ale zadowolony, tak mogę na siebie dziś spojrzeć. Pewnie już drugi raz w taki maraton nie ruszę, ale ten był cholernie udany.

Dziękuję wszystkim za poświęcony czas.

Pozostaw odpowiedź Tatiana Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 5 )
  • Agnieszka Jot Kostrzewa

    Ogromny szacunek , podziw i trwoga. Pierwsze bo zaszczepianie Dylanem ludności kulturochłonnej to dzieło żmudne i mozolne. To zadanie na lata pracy w terenie, to przyjęcie na swoje barki misji spotkań z ludźmi. A ludzie, jak wiemy, są różni. Słuchać lubią tego, co polubili. Ze świecą szukać tych, którzy są otwarci na nowości- śmiem przypuszczać, że tacy są nauczyciele, czytelnicy i być-może-słuchacze Dylana . Kim są ci, którzy przychodzą nie przymuszeni posłuchać co gość ze stolycy opowie ??? Poniekąd szaleńcami- podejmują ryzyko, żeby zainwestować czas, słuch i uwagę w coś, o czym nie wiedzą. Przychodzą i słuchają, a nawet kupują książki i płyty. To dzieje się naprawdę. Słowa niosą moc. I to jest magia.
    Szamani zaklinali świat ; przepędzali choroby mocą słów.
    Działaj, Filipie, Szamanie Dylana. Lecz ludzi słowem. Czyń, bo dobrze czynisz.
    Źródłem trwogi jest obawa czy, a raczej jak długo dasz radę sam jeden czarować. Zrób coś dla nas, którzy wiemy już to i tamto o Dylanie. Nie zapomnij, że też jesteś nam potrzebny z Twoją wiedzą i Magią.
    Od razu sklonuj się, zduplikuj, zmultipikuj. Nie każ się długo prosić, nie zastanawiaj się. Jeden Ty to za mało na całą magię Dylana

    Odpowiedz
  • Anna

    Dziękuję bardzo za ciekawą prezentację przekładów. Miałam przyjemność być na spotkaniu w Gdańsku i zaraz po nim kupiłam Pańską (a właściwie zespołu) pytę. Nie jestem wielbicielką Dylana wykonawcy, ale jego piosenki bardzo lubię, a w wykonaniu Dylan.pl są znakomite. Na spotkaniu nie miałam śmiałości zapytać o koncepcję układu tekstów zamieszczonych w książce, pewnie po przeczytaniu wszystkich będę już wiedziała 😉 Na razie wnikliwie czytam Komentarze- są bardzo interesujące 🙂 Właściwie mogłyby być odrębną książką „Jak tłumaczyłem Dylana”
    Serdecznie pozdrawiam

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Kłaniam się nisko w podziękowaniu za komentarz. Układ książki jest tematyczny: najpierw mamy utwory ogólnie podsumowujące Amerykę i świat; potem utwory personalne szydercze i krytyczne; potem miłość bez wątpliwości; potem miłość trudna, z cieniami; rozstania przyjazne; rozstania gorzkie; opowieści historyczne; przypowieści i legendy; utwory społeczno-polityczne; deklaracje buntu, niezależności jednostki; utwory medytacyjno-modlitewne; podsumowania życia i kariery. O ile pamiętam, w tej właśnie kolejności (nie mam w tej chwili dostępu do książki). Powodzenia w lekturze (i może też słuchaniu?).

      Odpowiedz
  • Tatiana

    Panie Filipie, Panie Jacku!!

    Byłam w Gliwicach na spotkaniu z Panami. Ależ to była magia!!!! Dziękuję!

    Było mi bardzo przykro, kiedy niewyłączane komórki, uparcie zakłócały koncert. Zabiłabym i właścicieli, i komórki!!! Przepraszam za nich.

    Płyta Dylan.pl od czasu koncertu jest słuchana na okrągło. Aranżacja utworu „Czasy nadchodzą nowe” powaliła mnie od pierwszego, koncertowego odsłuchu. Słucham w aucie na okrągło i porównuję z oryginałem. Panie Jacku!! Pana mandolina czyni cudy!!

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Komórki w istocie były dziwnym zjawiskiem – zwłaszcza, że pierwsza z nich powinna była uruchomić refleksję u innych: „Czy moja jest wyciszona?”. Ponoć pierwsza para dzwoniąca potem jeszcze przez kilkanaście minut rozmawiała o tej komórce, przeszkadzając sąsiadom. Dziwne. A był to Klub Pracowników akademickich.
      Ale to zjawisko marginalne na szczęście. Bardzo nam miło, że tak dobrze nas Pani odebrała. Występ odbywał się w warunkach nerwowych (moje ubrania dojechały dwadzieścia minut przed koncertem, bo kurier marudził gdzieś między Kołobrzegiem a Gliwicami, a ja sam byłem już od kilku dni w trasie z książką po całej Polsce), moja gitara została w Warszawie i trzeba było na ostatnią chwilę pożyczać (dojechała z Krakowa). Adrenalina.
      „Czasy…” – nieskromnie powiem, że pomysł na zmianę tempa i sposób/atmosferę/styl zagrania pochodzi ode mnie, natomiast całkowicie autorskim wkładem Jacka jest zastosowanie mandoliny i to, jak na niej zagrał. No i wszyscy pozostali uczestnicy nagrania – każdy z nas wniósł bardzo dużo w ostateczny efekt. Na koncertach też wypada zgrabnie, choć już bez Zygmunta z reguły…

      Odpowiedz