loading
12 Lip

DYLAN POD WEZWANIEM DUCHA ŚW.

JAROCIN TO LEGENDA. NIEZALEŻNIE, CZY TO WCIĄŻ TEN SAM JAROCIN. WZRUSZENIE NIE POZWALA NAM ŚCISNĄĆ WSZYSTKICH ZA GARDŁA.

Moje wspomnienia jarocińskie to pył & punk, rejwach & reggae, masa & metal. To ciągłe problemy z wodą do picia i do spuszczania (tej raczej nie było). I atmosfera święta, choć ciężko świętuje mi się w tłumie. Ale nawet ten tłum miał tu sens. Właściwie to publiczność była istotą jarocińskiego festiwalu. Wykonawcy na polu i na dużej scenie byli tylko podpórką, fantastyczną, ale podpórką dla tego, co kazało młodzieży peregrynować latem do Wielkopolski.

Jarocin to jednoznaczne skojarzenie. W potocznej świadomości nie ma tam żadnych stałych mieszkańców, co zasuwają do zieleniaka po włoszczyznę, zmieniają uszczelki w kranach, wściekają się na dziurę w jezdni. Podobnie jednoznaczne asocjacje, tragiczne lub pozytywne, niosą Oświęcim, Koluszki, Dębki, Gniezno…

I właśnie do tego mitycznego, symbolicznego Jarocina za kilka dni zjedzie ekipa dylan.pl. Ekipa, która w dużej mierze dotąd mogła bywać tam tylko prywatnie, jako część tłumu. Dotychczasowe dokonania i emploi Zespołu Reprezentacyjnego (3/5 dylan.pl) kompletnie nie kwalifikowały Marka, Tomka i mnie na lipcową scenę jarocińską. Nie ta bajka. Jacek z Elektrycznymi i Polo z Urszulą (czy z Anitą/Porterem bądź z Edytą Bartosiewicz) mieli paszporty jarocińskie w kieszeni. Ale dziś jest nowa sytuacja.

W sumie niedaleko dylan.pl pada od Zespołu Reprezentacyjnego w tym sensie, że gra akustycznie, że przekazuje słowo. Bywa kwalifikowany do tzw. poezji śpiewanej, cokolwiek ten drętwy wytrych ma otwierać. Ja jako wokalista nie mam petardy w gardle, nie jestem Piekarczykiem ani Gumą. Te nasze kawałki nie skłaniają ani do pogo, ani do falującego morza mane cornute, ani do regałowego uniesienia. Ze sceny padają niezwyczajne zwroty i wyrażenia – „ryby w toni zdejmie śmiech”, „podły łój”, „nie chciałaś z tym guru żadnych umów”, „dla tych dętych gnomów życie to znój i smutna gehenna”, „pobłażania mu nie poskąp”…

Ale jednak nas zaproszono. W ruiny kościoła św. Ducha, miejsce bardzo szczególne, stojące gdzieś na skrzyżowaniu „świata i nieskończoności”.

Gdyby ziściły się wszystkie nasze marzenia w związku z tym występem, byłoby niesamowicie genialnie. Ale i tak, z racji pojawienia się dylan.pl na jarocińskiej scenie, uznajemy to za wydarzenie historyczne. Niezależnie od tego, jak potomność oceni tegoroczny Jarocin. Również nawet, gdyby niespodziewana burza zmusiła nas w niedzielę do zejścia ze sceny, jak Dylanowi na stadionie Cracovii. Ważne, że ktoś nas dostrzegł i uznał, że warto. A my damy z siebie wszystko.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 14 )
  • adam

    z rozpędu dwa razy przeczytałem 🙂 stawiajcie irokezy i zagrajcie Arelkina w wersji Letterman ’84. Powodzenia 🙂

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Nie możemy się podczepiać. Nie wypada. Irokezy należy uszanować u Mohikanów.

      Odpowiedz
  • PIOTR SAKWERDA

    Panie Filipie, zazdroszczę wspomnień, bo mi z jakichś niezapamiętanych do dziś powodów nie udało się dotrzeć do TAMTEGO Jarocina, w którym „pył & punk, rejwach & reggae, masa & metal”.

    Ale oto czasy (do Jarocina i dla Jarocina) nadchodzą nowe i tegoroczni lipcowi mieszkańcy tego mityczno-mistycznego miejsca dostają szansę zapamiętania „doskonałych przekładów doskonałej poezji czyli dylan.pl”.

    Powodzenia!

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Jak zwykle miód Pan leje. Ale Jarocin nie lubi ściemy i surowo osądza. Wiemy o tym.

      Odpowiedz
      • PIOTR SAKWERDA

        Jaroocin surowo osądza i nie lubi ściemy, ale ani w Dylanie, ani w dylan.pl ściemy nie ma – proszę wierzyć fanowi, który nie jest ślepo zakochany, gdyż przez pięć z kawałkiem dekad słuchania (róznej) muzyki i (róznych) utworów z ważnymi tekstami wyrobił sobie ucho i „czuja”, przede wszystkim na autentyczność właśnie.

        Czekałem na Waszą płytę z nadzieją, ale i obawą, gdyż poprzednie próby śpiewania Dylana po polsku nie przekonywały mnie (z całym szacunkiem dla Martyny Jakubowicz, którą bardzo cenię i szanuję jako Artystkę, ale w Jej interpretacjach za mało było dla mnie Dylanowskich emocji) – efekt przerósł moje oczekiwania, co potwierdził choćby Grzegorz Brzozowicz w przytaczanej przez Pana recenzji.

        Niech moc (Ducha Świętego) będzie z Wami, także w Muzycznej Stolicy Polski 🙂
        Serdeczności!

        Odpowiedz
  • PIOTR SAKWERDA

    P.S.
    Dopiero wczoraj zacząłem studiować „Duszny kraj” – dziękuję za „Shot Of Love” i „Trouble” (wspominałem już, że darzę ten niezbyt popularny album, z którego pochodzą, dużym sentymentem).
    Czy fraza „Chcę strzału miłości” – jest „śpiewalna” w rytmice angielskiego oryginału? Jakoś nie mogę tego w głowie usłyszeć. Do tej pory podśpiewywałem sobie: „Czekam na złoty strzał”, ale w kontekście całości utworu, to niezbyt trafny trop interpretacyjny…

    Mam pytanie o polskie wersje „Lenny Bruce” i „In the Summertime” – jeśli istnieją, to prosiłbym o ich rychłe opublikowanie na tym blogu (proszę wybaczyć tę „prywatę” – na swoje usprawiedliwienie powiem, że w przeddzień Waszego występu w Jarocinie obchodzę urodziny i byłby to dla mnie wymarzony prezent).

    Postać Lennego Bruce`a przybliżyli mi swgo czasu Bob Fosse i Dustin Hoffman – a kilka lat później usłyszałem „Lenny Bruce is dead but his ghost lived on and on…”

    Adresatem „In the Summertime” była dla mnie zawsze Kobieta (choć może nim być i Absolut, ale czyż TA Kobieta nie jest dla mężczyzny Absolutem?) – stąd moja wersja tytułowej frazy: „W tamten letni czas, kiedy byłaś Ty”. Jestem ciekaw Pańskiej interpretacji…

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Nie mam tych przekładów niestety. Ale za rok…?

      Odpowiedz
      • PIOTR SAKWERDA

        Zaczekam 🙂
        A w międyczasie może zmierzę się z tymi tekstami sam?

        Odpowiedz
  • Stanisław ROMAN

    Panie Filipie, kilka refleksji po koncertowym Yarocinie. Szlachetne i ze wszech miar pożądane (także w odniesieniu do Dylana) to odczytanie przestrzeni dawnego kościoła, jako miejsca nadającego dodatkowy wymiar śpiewanym literackim tekstom. Plus, oczywiście, ewentualne otwarcie się na Kosmos – można by strywializować i stwierdzić, iż ono w tej przestrzeni dobitnie akurat występuje (ale nie ze względu na dawny status sakralny), lecz brzemienny w skutkach fakt, iż w owym kościele ciągle nie ma okien. Być może, kiedy pojawią się tam jakoweś „witraże”, zmieni się także rezonowanie i uderzenie, sprawiające, że tekst i dźwięki nie będą uciekały. Nie wiem, jak Państwu, tam się tam grało i wzajemnie słyszało, bo wydaje, że pewne perturbacje (co nie jest zaskoczeniem) występowały.

    Najważniejsze jest owo staranie i rzetelność, o której Pan wspomina. W nawie „publicznej” odnosiło się pozytywne wrażenie. Właśnie za ogólne wrażenie artystyczne. I chęci zaangażeniowe ze strony „reprezentacyjnej ekipy grającej”, by dobrze wypadło. To pozytywne zjawisko „spolszczyć” Dylana i jeszcze go jakoś do tego terenu i zasobów kulturowych przysposobić. Duży wysiłek, więc pochwała ma uzasadnienie.

    Dobrze, że było bogato w instrumentarium (sam Dylan niekiedy tak nie miał). Nadało to całości pozytywnego wyrazu. Prywatnie – najlepiej chyba zabrzmiał „Senor”.

    Niech pan zatem jeździ po kraju ( z ekipą) i rozświetla Dylanem zakątki. Nawet po latach zaniechania. Powodzenia.

    Proszę jedynie nie wpadać w mitologizację zjawiska, którego od dawna już nie ma. Ba, może nawet nigdy nie było (to temat na dłuższe deliberacje). Niekiedy opowiadano legendy, iż coś takiego (niczym mityczny Graal) istnieje. Nie ma bowiem „wybranej” wyjątkowej publiczności yarocińskiej, która wyczuje i oceni szybko fałsz. Kiedyś był bunt, więc ci, którzy słabo wpisywali się w tę poetykę, po prostu byli „wypraszani ze sceny” przez zniecierpliwionych. W kolejce, by wejść na scenę czekali następni (wyrastający jak grzyby po deszczu) bardziej „nabuzowani” wykonawcy bądź „magowie”, potrafiący odczytać nastroje zgromadzonych i tych oczadziałych w plusach (przypomnę, że np. niegdyś w Yarocinie „prawie” debiutowało TSA – jak i sporo innych późniejszych uznanych ekip). Obecnie w grupie „starszych” pozostał jedynie żywotny sentymentalizm do dawnych czasów. Wyrażany także dziś podczas Państwa występu „w kościele”.

    Pozdrawiam. I przepraszam ze niezamierzoną przydługość.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Ależ – tylko mi miło, że aż tyle! Dziękujemy!

      Odpowiedz
  • Piotr Sakwerda

    No i jak było?

    Odpowiedz
    • Stanisław ROMAN

      Może niezbyt jasno się wyraziłem – nad czym mogę jedynie ubolewać. Ale jeżeli to nie jest pytanie „zaczepne” i z serii „sarkastyczno-protekcjonalnej”, to wyjaśniam. Perturbacje to kłopoty. Być może przestrzeń – ruiny tego kościoła – jeszcze nie w pełni nadają się (nie są dostosowane) do tego typu koncertów (jak i każdego innego). Niekiedy dźwięki i wyśpiewywane przesłanie, gdzieś, w moim odczuciu, uciekały (kwestia odpowiedniej akustyki lub „innych czasopism”). Ale liczyła się szlachetność intencji, bogate instrumentarium i od początku do końca autentyczne zaangażowanie głównego Pomysłodawcy „projektu” Dylan.pl. Tyle.

      Pozdrawiam. Życzę dobrego tygodnia i kolejnych dni. W spokoju ducha!

      Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Chyba nieźle, skoro potem ludzie na ulicach jarocińskich zaczepiali nas z gratulacjami i podziękowaniami. A jakaś bardzo rozemocjonowana para pań zapewniała, że to najlepszy koncert (jak dotąd) na tym Jarocinie. Oczywiście nieprawda, ale miło.

      Odpowiedz