loading
01 Sie

CZASAMI…

Czasami jest tak, że słowa okazują się błahe, niewystarczające, zbędne. Można tylko niemo wsłuchiwać się w świat – na zewnątrz lub wewnątrz.

Tak jest zawsze, gdy przychodzi rocznica warszawskich powstań. 1 sierpnia i 19 kwietnia. Współczesna kultura jednak nie szanuje ciszy, wszystko musi zostać skomentowane, opatrzone znakiem, okrzykiem, hasłem, ścieżką dźwiękową. Tak nas sformatowano, że sami szukamy czegoś, co wyrazi nas – jak gdyby trzeba było wyrażać zamiast zamilknąć i dać pamięci trwać.

Czasami wręcz manifestacja wykracza poza prostą deklarację pamięci.

Sam jestem poniekąd bękartem tego świata, gdzie wielkie wydarzenia prowokują do myślenia w kategoriach Okazji. Zmarł Leonard Cohen? To natychmiast puszczamy Jego utwory. Jest rocznica Akcji pod Arsenałem? Wykrawamy fragment filmu i wrzucamy.

Przyznaję się do tych odruchów. Nawet jeśli publicznie nie, to czasem prywatnie buduję sobie tymczasowy ołtarzyk obrazkowo-dźwiękowy, bo może w ten namacalny sposób odczuwam, że „obszedłem” Okazję – nie szerokim łukiem, a do głębi.

A to oczywiście wszystko pozory. Albo umiem nauczyć się lekcji życia, albo nie.

Zbliżające się od kilku dni kolejne Wspomnienie o Powstaniu Warszawskim w przedziwny sposób prowokowało do myśli: czy u Dylana znajdę coś, co by było bliskie tego tonu, co by pasowało jako hołd?

I owszem, jest taka pieśń, przepiękna, w necie dostępna tylko jako klip do wersji skróconej, czterozwrotkowej.

https://www.youtube.com/watch?v=Iw8YjVrRNRU

Napisana wkrótce po 11 września, a wykorzystana w filmie Roberta F. Maxwella o amerykańskiej wojnie domowej Generałowie. Dlatego dziś decyduję się wrzucić tu jej przekład, bo wprawdzie niby mówi o krwawych starciach bratobójczych, ale w rzeczywistości mówi o wojnie, honorze, bólu i zniszczeniu. O tym wszystkim, co trzeba czuć. O tym, że wojna to wielkie czyny i kampanie, a także pożoga, bezsens i śmierć. I o tym, że można w zaświaty udać się drogą światła, choć można też krętymi ścieżkami mroku.

Piosenka utkana jest w typowo dylanowski sposób, z własnych słów i konstrukcji, ale z wplecionymi echami Biblii (Księga Nahuma, Objawienie św. Jana), wierszy W. Whitmana, W.B. Yeatsa, H.W. Longfellowa i mnóstwa innych. Sen-bestia z mórz to jawna aluzja do wizji apokaliptycznej. Druh prawy – to śmierć. Kula wystrzelona przez swojego – zabłąkana, przypadkowa (tak śmiertelnie ranny został konfederacki generał Th. „Stonewall” Jackson, główny bohater filmu Generałowie). I tak dalej…

Pod Górą Zieloną zmorzył mnie sen

sen-bestia niebiańską spowił pożogą mnie

coś z mórz wychynęło na ludzki brzeg

na kraj wolnych, majętnych rzuciło cień

 

W oczy druha prawego spoglądam bez łez

zapytuję sam w duchu: czy to już kres?

Żal i szczęście ze wspomnień moja wyławia myśl

dumam o duszach, co w niebie spotkają się dziś

 

Ołtarze w płomieniach w poprzek kraju i wzdłuż

zza horyzontu wyłania się wróg

już oddali honory, zmarszczył generał brew

czuć, jak się zbliżają, dzielna znów spłynie krew

 

Znad Atlantyku napływa mgła

w krąg się rozpościera spustoszony kraj

już światło się wzmaga nad setkami dróg

tak swą wolę objawia niewzruszony Bóg

 

Świat się postarzał, poszarzał już świat

życia lekcję zrozumiesz nie w dzień i nie w dwa

spoglądam i czekam, wsłuchując się w ton

najpiękniejszej z muzyk, płynącej nie stąd

 

Całun dajcie Dowódcy, on już po wieki śni

walki noc ma za sobą, takoż i znoju dni

mężnie stawał do bitew, dzielnie szedł w każdy bój

a zabiła go kula, którą wystrzelił swój

 

To ostatnia godzina ostatniego dnia

czuję, oto nadchodzi inny, nieznany świat

duma pryśnie, a chwała stanie u raju wrót

nie zapomnieć nam nigdy najniezwyklejszych cnót

 

Oto wieczorny rozbrzmiewa dzwon

roje ust plują mową bluźnierczą i złą

o mnie głoście, żem wybrał światła i łaski szlak

i że stałem po stronie prawdy i Bożych praw

 

Służcie Panu ochotnie, patrzcie wzwyż, patrzcie tam

poza maską ciemności niespodziany jest brzask

wokół traw bujna gęstwa, wokół krwią spływa las

poddać się nie myśleli, każdy z nich w boju padł

 

Gwiazdy lecą w Alabamie, każdą widziałem z gwiazd

kimkolwiek jesteście, wędrujecie w snach

wychłodły niebiosa, ostry jest mróz

ziemię spętały lody, nie ma porannych zórz

 

Dzisiaj do matki dotarł list

Postrzał w klatkę piersiową… tak stało w nim…

lecz wydobrzeje wkrótce, szpital o niego dba…

…a on nie wydobrzeje, on przecież zmarł

 

Mil dziesięć od miasta unosi mnie w dal

światło przedwieczne, nie jest to światło dnia

cichych i przygaszonych z nas każdy ich znał

każdy bardziej ich kochał, niż przyznać by chciał

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 2 )