loading
27 Wrz

TARANTELLA

Transowy taniec z południa Włoch, z okolic miasta Tarent (Taranto). I zarazem skojarzenia z magią, trucizną i praktykami samooczyszczenia. Podobnego transu doświadczałem ostatnimi tygodniami.

Trans był nieunikniony, bo zadanie, jakie przede mną stanęło, „na trzeźwo” było nie do udźwignięcia. Ale po kolei.

Rzeczywiście na południu Włoch od dawna tańczono tarantellę. A nazwane od niej zjawisko opętania tanecznego (tarantyzm) stało się magiczną praktyką religijno-katartyczną.

https://www.youtube.com/watch?v=igUTPVPdA-E

Jej hipnotyczny charakter wiązano z tarantyzmem, czyli stanem uniesienia, powodowanego jakoby przez ukąszenie pająka, na którego mówiło się tarantula (nazwa ta przeszła nawet do oficjalnej systematyki).

Słowo „tarantula” przeszło z krzeczka, którego jad ma siłę jadu pszczelego, na różne inne, znacznie groźniejsze zwierzaki w rodzaju ptasznika. Przy okazji nabrało złowrogiego charakteru.

A na pewno budzącego ciary.

Piszę to wszystko w związku z zakończeniem pracy nad przekładem książki Tarantula. To – mówiąc najtrafniej – proza eksperymentalna. Pisałem już o niej w poprzednim wpisie. Ale dziś dodaję, że było to doświadczenie tarantyczne także dla mnie. Zupełnie nie religijne, zupełnie nie mistyczne, bliższe jeździe kolejką górską. Mój słowny „trans” przypominał momentami mimetyczny taniec, jaki odstawia David Byrne na koncercie Talking Heads, naśladując trochę owe apulijskie szaleństwa.

https://www.youtube.com/watch?v=v0gHwAg2qDc

Nie traciłem kontaktu z rzeczywistością, ale uruchamiałem jakieś dziwaczne licho. Czy zawiodło mnie we właściwą stronę, czy w maliny, nie umiem orzec. Pocieszam się, że anglojęzyczni czytelnicy też nie zawsze wiedzą, gdzie w tej prozie północ, a gdzie ziemia. Wbija cię w stan nieważkości i albo puszczasz pawia, albo radośnie szybujesz.

To niby zabawa słowno-skojarzeniowo-obrazowa. Epizody/scenki/sytuacje przenikają się jak w fantasmagorycznym śnie. Lewis Carroll z Williamem S. Burroughsem pilnują, by mieszczańska logika trzymała się z dala od tej scenerii. Abstrakcja – koncept zdecydowanie intelektualny – walczy o lepsze z surrealizmem – przedstawieniem świata podświadomego. Niby to wszystko zabawa – jednak w miarę postępu lektury widać coraz więcej gorzkich obserwacji, napiętą strunę o alikwotach publicystycznych.

Weźmy na przykład taki list, wieńczący jeden z ostatnich rozdziałów:

tu, gdzie teraz mieszkam, życie toczy się

tylko dzięki tradycji – jak łatwo możesz się

przekonać – nie odgrywa wielkiej roli – wszystko

tu wokół gnije… nie wiem, od jak dawna sprawy

tak się miały, ale jak tak dalej pójdzie, niebawem

będę starcem – & mam tylko 15 lat – jedyna

praca w okolicy to w kopalni – ale jezu, kto by chciał

zostać górnikiem… odmawiam zgody na taką

płytką śmierć – wszyscy mówią o

średniowieczu, jakby ono naprawdę toczyło się w średniowieczu –

wydostanę się stąd za wszelką cenę – moje myśli

spływają wraz z rzeką – zaprzedałbym duszę

słoniowi – oszukałbym sfinksa –

nakłamałbym zwycięzcy… choć może zrozumiałbyś

to niewłaściwie, nawet podpisałbym

ogniwo z diabłem… proszę już nie

przysyłaj mi więcej zegarów po dziadku – żadnych

książek czy paczek żywnościowych… jeśli już

masz mi coś przysłać, to przyślij klucz – ja

znajdę drzwi, co doń pasują, choćby miało

mi to zabrać resztę życia

twój przyjaciel

Przyjaciel

Zgoda, listy zamieszczone niemal pod każdym „rozdziałem” brzmią bardziej logicznie (choć groteskowo) od większości próz. Ale i w samych prozach daje się odczuć tęsknota za światem prawdziwszym, gdzie motywacje ludzkie nie są uzgadniane wedle barw sztandarów, nie sa wynikiem kompromisu ze sznytem”, jaki przyjęła większa grupa, ale opierają się na osobistych doświadczeniach. Mówiąc wprost – narrator (i pewnie autor) Tarantuli radzi trzymać się z dala od tłumu, gdy trzeba będzie działać.

A że wszystko kończy się słowami

są tylko trzy rzeczy, które trwają: Życie – Śmierć & drwale nadchodzą”

– to już niestety znak, że pesymizm uznać należy za postawę właściwą. Bo niestety drwale nadchodzą. Co do pozostałych dwóch rzeczy – w piosence późniejszej o ponad dwie dekady, Man in the Long Black Coat, Dylan nadmienia (w przekładzie Państwa uniżonego sługi):

lecz życie i śmierć to zwid, na to zważ

Może zresztą to wcale nie proza. Może to jego kolejna płyta – tylko bez muzyki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 4 )
  • MARCIN Kwiecień

    A może oszukać los? Na przekór. I wybrać pochówek morski albo taki z Tybetu ( tylko padlinożernego ptactwa jakby mniej). A drwale na bezrobocie.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Jak wynika z filmów OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE, szanse są mikre.

      Odpowiedz
  • Michał Rudol

    Witam

    Jestem studentem oraz długoletnim wielbicielem Pana muzyki, zarówno w Zespole Reprezentacyjnym, jak i w dylan.pl. Pana osiągnięcia, nawet jeżeli być może komercyjnie nieimponujące, są dla mnie ogromną inspiracją od długiego czasu. Pański przekład „Tarantuli” uważam za niesamowity pokaz umiejętności poetyckich i językowych.

    Sam zajmuję się tłumaczeniem angielskich tekstów na język polski, ale także, od wielu lat, piszę własne wiersze. Teraz, kiedy ich liczba zaczęła się robić w miarę pokaźna pierwszy raz autentycznie zacząłem zastanawiać się nad ich wydaniem w tomiku. Oczywiście, jako że jestem człowiekiem całkowicie nieobeznanym ze światem biznesu i przemysłu książkowego nie mam pojęcia, jak mógłbym się do tego zabrać. Czytając oferty wydawnicze na wielu stronach odniosłem (być może nieuzasadnione) wrażenie, że są one zbyt piękne, aby były prawdziwe. Mam jednak świadomość, że Pan musiał przeżyć już wszelkie związane z tym trudności kilkakrotnie, dowody rzeczowe stoją zresztą na mojej półce. W związku z tym chciałem zapytać, czy byłby Pan w stanie podzielić się ze mną Pana historią z tym związaną, udzielić jakichś porad, czy wskazówek, być może ewentualnie polecić jakieś wydawnictwa. Myślę, że zawsze lepiej jest najpierw przeprowadzić konwersację z żywym człowiekiem z doświadczeniem, niż dawać kredyt zaufania firmom. Mam świadomość, że prośba jest nietuzinkowa i zdecydowanie nie będę miał Panu za złe, jeżeli nie zdecyduje się Pan jej spełnić. Ponoć kto pyta, nie błądzi, a mnie bardzo zależy na tej sprawie, dlatego też zdecydowałem się napisać tę wiadomość.

    Dziękuję bardzo z góry za przeczytanie i życzliwe rozpatrzenie mojej sprawy. Pozdrawiam serdecznie i życzę, jak największej ilości dalszych sukcesów, ponieważ zdecydowanie Pana działalność na nie zasługuje.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Dzień dobry, proszę wybaczyć, że dopiero teraz, ale z obiektywnych powodów nie zaglądałem tu przez parę miesięcy.
      Bardzo Panu dziękuję za bardzo miłe słowa – jeśli choć w części zasłużone, to super.
      Co do wydania tomiku – tu nie mam szczerze mówiąc pojęcia, jak się dziś sprawy mają, nigdy sam nie łaziłem po wydawnictwach z niczym własnym, bo niczego własnego nie mam w dorobku. Nie piszę wierszy ani powieści, jedyny raz, gdy miałem coś napisać (coś w rodzaju autobiografii), to wydawnictwo samo mi zaproponowało (a ja i tak nie napisałem). Przekłady też proponują mi wydawcy, ja ze dwa razy sam coś proponowałem.
      Z życiowych zakrętów zdołałem poznać bliżej tylko dwa wydawnictwa, które chętnie patrzą w kierunku młodej poezji to WPBiCAK Mariusza Grzebalskiego i Biuro Literackie Artura Burszty. Z tym drugim mam permanentny kontakt i mogę zapytać ich, czy mógłby im Pan coś podesłać – ale nie gwarantuję niczego poza tym, bo to biznes zerowy, więc pewnie mają już plan na cały rok wypełniony, dużo się tego nie da wydać rocznie.
      To tyle z szybkich myśli.
      Dobrych nut.

      Odpowiedz