loading
30 Paź

ŚWIĘTY AUGUSTYN MI SIĘ ŚNIŁ…

– czy też, jak w przekładzie Andrzeja Jakubowicza, „Augustyn Święty był w mym śnie”. Tyle że wcale nie Augustyn. I nie święty. Ale był.

Mój faworytny twórca piosenek nigdy dotąd mi się nie śnił. Kiedyś, dawno temu, przyśnił mi się Paul McCartney i pytał, dlaczego nie przystąpiłem do Beatlesów w 1969 roku – wtedy zespół może nie uległby erozji. Moje tłumaczenia, że miałem wtedy dziesięć lat i nie nadawałem się absolutnie (zresztą jako kto? – skoro nie grałem na żadnym instrumencie), nie robiły na Paulu najmniejszego wrażenia: „Nie bój się, coś by się wymyśliło”.

I tyle na ten temat… by było, gdyby nie przedostatnia noc. Z reguły nie pamiętam snów, a jeśli – to te bardzo nieprzyjemne. Jak w życiu, gdzie też najżywiej odciskają mi się na zwojach złe wspomnienia. Rzadko też miewam koszmary – a z tych nigdy nie budzę się tak, jak na filmach: poprzez nagły siad z głośnym ACH i szeroko otwartymi oczami. To przebudzenia miękkie, zwinięte, ze stopniowo rosnącą ulgą.

Miewam natomiast relatywnie często – jak na tę liczbę snów, które zapamiętuję – senne sytuacje koncertowe. I zawsze jest to tak, że nie mam instrumentu, nie mogę się nastroić, nie wiem, co mamy grać, koncert ma się zacząć, a publiczność jest zajęta czym innym, ciągle opada mi statyw z mikrofonem – krótko mówiąc, upiorne sprawy.

A przedzeszłej nocy sen był całkiem spoko.

Szykowaliśmy się do koncertu z dylan.pl. Byli wszyscy jak realu – Polo, Jacek, Marek, Tomek i ja. Instrumenty na miejscu w gotowości. Scena nieduża, ale mieściliśmy się. Publiczność zgromadzona w miarę tłumnie. Miejsce było półplenerowe: zadaszenie, ale właściwie bez ścian. Tylko podtrzymujące słupki.

Ale najlepsze, clou tego całego snu, przyszło niebawem. Kiedy koledzy się stroili – choć nie strój zdobi muzyka, jak wiadomo – ja musiałem zejść ze sceny, chyba przebrać się w coś bardziej wyjściowego niż bluza z kapturem. I nagle podchodzi do mnie facet z gitara i w podobnej bluzie z kapturem i charakterystycznym głosem mówi: – Hi, gonna sing’n’play with you if you lemme get onstage.

Dla nieobznajomionych z mową Orsona Wellesa wyjaśniam: przybysz zasugerował, że zagra z nami, jeśli nie mamy nic przeciwko.

Dla nieobznajomionych z treścią mojego snu wyjaśniam: moim rozmówcą był Ten Człowiek we własnej osobie. To był on, bez kitu. Mówił swoim chrapem, ze swoim akcentem, który znam z audycji Theme Time Radio Hour.

http://www.themetimeradio.com/episode-1-weather/#more-21

Wyglądał jak Bob Dylan sprzed dwudziestu lat, mniej więcej z czasu Time Out of Mind.

{il. © Stefan Rousseau}

Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę i słyszę. Zarazem marząc, by tak się stało, jak zapowiedział, od razu widziałem możliwe pułapki. Mówię więc (po angielsku): – Ale nie mamy uzgodnionego repertuaru ani tonacji… Trzeba by jakąś próbę…

Dylan na to: – Zawsze z Tonym [Garnier] robimy sobie jam, z takiego wspólnego grania na czuja wychodzą nam najlepsze aranżacje. Wy zaczniecie kawałek, ja się dołączę, robię to od wieków. Tonacja nie ma znaczenia, jak będzie za wysoko, zaśpiewam dołem.

Ja znów na to: – W programie mamy piosenki, których nie grasz od lat albo w ogóle nigdy nie grałeś, Father of Night, Black Diamond Bay, Ain’t Talkin’… Rezygnujemy z nich? Ludzie na nie czekają…

Jego Bobskość macha ręką: – Te piosenki sam zaśpiewasz. Ja posłucham. – I dodaje: – Zawsze chciałem usłyszeć własne teksty po polsku, bo to chyba strasznie dziwny język. A mówił mi menedżer, że twoje przekłady nie przekłamują zanadto.

Zaczynam się chorobliwie śmiać, a może tylko szczerzyć. Wówczas Dylan zbliża się do mnie tak, że widzę każdą odnogę każdej zmarszczki i każdą żyłkę w oku. Ma oczy zielonkawo-niebieskie, co mógłbym dodać do wątku dyskusji o barwie jego tęczówek:

http://invanddis.proboards.com/thread/7960/bob-dylan-brown-eyes-blue

(Jak widać, temat ma swoją temperaturę).

Zbliża do mnie twarz i pyta: – A czego ty się tak chichrasz?

– Bo to jest tak radosna historia, że nie mogę wytrzymać – odpowiadam.

Zaraz potem się zbudziłem, więc nie wiem, jak wypadł wspólny występ dylan.pl i BobDylan.com. I czy to w ogóle miało ręce, nogi, melodię, rytm, słowa i sens. I co z tego słonko widziało, a kronikarze odnotowali. Jeśli dośnię dalszy ciąg i zapamiętam, zdam raport.

To tylko sen. W dodatku pojedynczy, co świadczy, że nie jestem obsesjonatem. Z drugiej strony – o Noblu dla Dylana też kiedyś marzyłem tak bardziej nierealnie, sennie, a rzeczywistość wskoczyła na ten pokład i posunęła naprzód. Dlatego piszę powyższe, żeby było już odhaczone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 3 )
  • Adam

    W kwestii koloru oczu jest bogaty materiał dowodowy: np paszport Dylana zamieszczony w książeczce do pierwszej z serii Bootlegów. Są też zeznania godnych zaufania świadków jak Frank Sinatra czy Joan Baez ( w tym zeznanie śpiewane Diamonds and,Rusts) Są błękitne lub jak kto woli niebieskie. Nawet fejsbuk nie dotarł na poziomy abstrakcji prezentowane dekady temu na forach poświęconych Dylanowi. Życzę owocnej serii snów.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Też jestem zdania, że blue jest najbliższe. Zdjęcia kłamią. Przynajmniej te, gdzie nie są blue.

      Odpowiedz
  • piotr sakwerda

    Dzień dobry!

    Ja dość często zapamiętuję te bardzo przyjemne MARZENIA SENNE. Jedno z nich dotyczyło koncertu dylan.pl – gdy na bis domagałem się Highlands, lider zespołu rzucił prowokacyjnie: „Chyba, że sam zaśpiewasz”, na co ja: „Jeśli mi zagracie”. Lider: „Jasne, zapraszamy”. Samego występu nie zarejestrowałem, ale na koniec publiczność biła brawo, więc chyba dałem radę 🙂
    Miło dowiedzieć się, że nie tylko ja mam „senne sytuacje koncertowe”. Życzę tych przyjemnych – niech 12 się nie rozstraja, a statywy nie przewracają. No i ciągu dalszego z NIM.
    Serdeczności !!!

    Odpowiedz