loading
28 Gru

PATRZENIE WSTECZ GROZI ZEZEM

Patrzę na pustoszejący kalendarz 2017 roku i sam się nie mogę nadziwić, że tyle się udało.

Wcale nie udało się STRASZNIE dużo, ale jednak więcej niż zazwyczaj. Tym bardziej, że  ogromna część tegorocznego urobku opiewa na sprawy związane z prawdziwą, „mnóstwoletnią” pasją. Znajdujemy się w blogu na stronie o konkretnej nazwie, powstałej w ściśle określonym celu i nie miejsce tu na wątki nie-dylanowskie, ale niektórym wszystko kojarzy się z dupami, może więc mnie może kojarzyć się z Dylanem?

Nie, nie jest aż tak źle. Mam też inne zadania, pasje i zajęcia w życiu. Niemniej – wiele księżyców temu miałem cichą nadzieję, że ponagrywam sobie „swojego” Dylana, żeby samemu sobie udowodnić, przekonać się, że to trzyma poziom i formę. I tak sobie po cichu myślałem, podgrywałem w domu, nie wychodziłem poza ciche myślenie, aż wreszcie parę osób kopnęło mnie w zad i temat zaczął nabierać kształtów. W dodatku kształtów daleko jędrniejszych od tego, co sobie marzyłem.

Bo zespół dylan.pl – Marek, Krzysiek, Jacek i Tomek – a także opiekująca się nami menedżersko Ewa

to naprawdę Manhattan przy tym przysiółku, o jakim myślałem, kiedy jeszcze myślałem. W sensie – o nagraniu. Moje przymiarki mentalne koncentrowały się wokół czegoś zgoła harcerzykowatego, bez ikry. Gdyby się udało – byłby to szkic, streszczenie, a nie istota.

Jacek jako producent i właściciel studia i wszyscy koledzy (ze mną wespół) jako aranżerzy-instrumentaliści przenieśli całość w stratosferę. To naprawdę już było – i jest – zawodowe. Zapewne Dylana po polsku zagrać można (jeszcze) lepiej. Wiem na pewno, że można też gorzej, bo są na to dowody. Jestem przekonany, że w tym momencie naszych żywotów, w naszym stanie ducha i umiejętności – nadaliśmy polskiemu Dylanowi kształt wiarygodny i adekwatny do oryginału. Nie pomijam tu własnej pracy tłumacza – te przekłady są pewną wizją Dylana, jedną z możliwych. Ale są wizją spójną, konsekwentną i traktującą autora poważnie.

Dlatego – ciągle to powtarzam – powinniśmy reklamować nasze koncerty jako „piosenki dla dorosłych”. Nie z racji jakichś domniemanych kwestii obyczajowych, bo ich tam nie ma. Ze względu na poziom refleksji, dla niedojrzałych ludzi nie do ogarnięcia. Wierzę, czuję, że jakąś część tego kosmosu udało mi się uchwycić.

I to jest jedno. Ale drugie, równie ważne, to sposób, jaki znaleźliśmy wspólnie na zaprezentowanie tych pieśni światu. Błogosławieństwem nie do przecenienia są umiejętności kolegów i możliwość wykorzystania bardzo wielu instrumentów bez popadania w muzyczną pstrokaciznę. Dzięki temu każda piosenka ma własny koloryt, a razem wcale si ę ze sobą nie gryzą.

Kolejna rzecz niesamowita – goście, którzy zgodzili się nas wesprzeć swoimi znakomitymi głosami (i fletem). Żałuję, że z przyczyn pozamerytorycznych nie dało się ich wykorzystać bardziej, szczególnie Martyny Jakubowicz. Martyna kończy pracę nad własną płytą dylanowską – i dobrze. Jestem jej ciekaw. Mimo ogromnego szacunku dla niej samej i absolutnego uwielbienia dla Voo Voo, mam wrażenie, że album Tylko Dylan Martyny rozminął się z materią. Że był mniej dylanowski niż mógł być. Wojtek Waglewski mówił mi, że to wina człowieka, który miał dużo do powiedzenia przy płycie, ale nie lubił Dylana.

Pojawili się więc Martyna, Marysia Sadowska (choć już zaiwaniała przy Sztuce kochania), Muniek, Paweł S, Tadzio W, Tomek O. Pojawił się flecista Paweł Szymiczek. Pojawił się Andrzej Stasiuk z własną opowiastką w książeczce. Pojawili się Tomek Sikora ze zdjęciami i Łukasz Dziedzic z odkrywczym, zwracającym w sklepie uwagę z daleka layoutem.

Od początku była z nami Fundacja Republika Marzeń, doszlusował też Narodowy Instytut Audiowizualny. Bez nich też nie ruszylibyśmy z miejsca, nie zainteresowalibyśmy żadnego wydawcy.

Data premiery była przekładana przez wiele tygodni – w rezultacie płyta poszła do sklepów dokładnie w dniu moich urodzin. Nie dopatruję się symbolizmu w sprawach przypadkowych, ale to było miłe.

Ewie zawdzięczamy ogarnięcie nas koncertowo i nie tylko. Ewie zawdzięczamy także i to, że zaistnieliśmy na festiwalu jarocińskim. To niesamowite. Sam w to nie wierzę. Ale są zdjęcia.

Wczoraj sprawdzałem, czy pojawiły się w sieci jakieś wiadomości o nas, których wcześniej nie znaliśmy. Przypadkowo zaniosło mnie na stronę plotkarską, gdzie jakieś mundrale pisały, że płyta i koncerty to moja terapia po trudnych przejściach. Nieprawda. Wszystko zaczęło się dużo wcześniej i gdyby los nie był takim sukinsynem, tak samo byśmy grali koncerty.

Ale miałem wielkiego kibica w osobie Tej, której pamięci dedykowaliśmy nasz album. Nie ma sensu pisać więcej. Słońce dalej wschodzi, dalej trzeba kupić włoszczyznę i zrobić obiad. Dalej chodzi się do pracy, gra koncerty, przekłada z języka na język. Żadna terapia nie pomoże, ale też nie liczę na nią. Mam nadzieję, że M nas słucha i że aprobuje. Przysłuchiwała się naszym próbom i była pełna wiary, że to idzie w dobrą stronę. To w ogóle niesamowite, gdy Dylan wzbudza tak dużo fajnych emocji u współczesnej młodej dziewczyny. Jej ulubione piosenki BD to Black Diamond Bay i Love Minus Zero/No Limit. Obydwie nagraliśmy, obydwie Jej się bardzo podobały.

Mijający rok to przecież także książka Duszny kraj. Powstała z rozpaczy, że nie damy rady nagrać wszystkiego, co bym chciał. Pomoc Jerzego Jarniewicza jako mediatora doprowadziła mnie w objęcia Biura Literackiego. Antologia ukazała się w lutym. W marcu przez trzy dni jeździliśmy po północno-zachodniej Polsce po bibliotekach i szkołach. W czerwcu ruszyliśmy w tygodniową podróż promocyjną po Polsce – od okolic Koszalina, przez Poznań, Koło, Gdańsk, Gliwice, Katowice, Sosnowiec i Opole, zahaczając o kilka małych, bardzo fajnych miejsc.

Współpraca z BL ma ciąg dalszy. W sierpniu wypuściliśmy arkusz piosenek Patti Smith Tańczę boso, pracuję nad obszerną antologią, przewidzianą na 2019. Teraz, w połowie stycznia, ma się ukazać Tarantula – pierwszy kompletny przekład polski prozy eksperymentalnej Dylana z lat sześćdziesiątych. W planach – antologie piosenki autorskiej angielskiej i amerykańskiej (czy dostaniemy prawa i czy ja sam podołam, się okaże).

Do tego, choć to już zgoła poza istotą tej strony, w oficynie kosmoskosmos wyszły w kwietniu wywiady z Johnem Coltrane’em. Choć wcale nie tak poza istotą, bo Dylan i Coltrane mają kilka cech wspólnych. Obydwaj właściwie nigdy nie podlizywali się swojej publiczności, nigdy się nie wdzięczyli, żeby podnieść sprzedaż. Woleli fanom stawiać kolejne przeszkody do pokonania. Traktowali poważnie swoich odbiorców.

W kosmoskosmos leży już od sierpnia kolejna książka w moim przekładzie, Retromania Simona Reynoldsa, rzecz arcyciekawa o współczesnej kulturze popularnej i jej skłonności do zjadania własnego ogona. W innej oficynie, toruńskim Tako, jeszcze od grudnia leży przełożony przeze mnie poemat Pabla Nerudy Księga pytań.

Tak, to był owocny rok.

{Na fotografii: FŁ, Krzysiek Poliński, Jacek Wąsowski, Ewa Galin, Marek Wojtczak i reżyser Roman Przylipiak; fot Anja Bananja}

I tyle gapienia się wstecz. Bo trzeba patrzeć przed siebie, żeby nie rymnąć w czarną dziurę czy krowi placek. A i w przód, i wstecz naraz się nie da, bo (patrz tytuł). Niebawem premiera nowego wideoklipu.

Życzę wszystkim czytającym, by czasy, które nadejdą, były nie tylko nowe, ale też dobre. Do zobaczenia w 2018 i później.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 1 )
  • piotr sakwerda

    Panie Filipie!

    Los bywa sukinsynem, którego często nie idzie pojąć, ale podobnie jak Pan WIERZĘ, że M jest i słucha! A tak dobrej roboty nie można nie aprobować.

    Życzenia zatem składam minimalistyczne: żeby 2018 nie był gorszy od – za kilka godzin – kończącego się 🙂

    Serdeczności i uściski!
    Piotr Sakwerda

    Odpowiedz