loading
07 Mar

FRYDERY(J)KI

Sporo się narozprawiało przy okazji nominacji do nagrody branży muzycznej w Polsce. Nas, jak wiadomo, nie nominowano, za to los łaskawy był dla piosenek Dylana w wersji Krzysztofa Krawczyka.

Jednak nie o żale czy roztrząsanie „lobbing czy nie lobbing”/”słuchali czy nie słuchali” tu chodzi. Sam fakt, że ktoś jeszcze ma ochotę śpiewać publicznie piosenki o nieco wyższym standardzie lirycznym niż przeciętna, zasługuje na aplauz. I nawet nie zajmę się tu ewentualnymi ruchami pod dywanem, które taki dały efekt. W kategorii Muzyka Korzeni było kilka innych ciekawszych (także od nas być może, naprawdę „korzennych”) ewentualności.

Ale w krytyce nominacji pojawił się ton wymagający komentarza.

Otóż w poniżej zalinkowanym artykule czytamy:

http://www.nowamuzyka.pl/2018/03/07/fryderyki-2018-czyli-abstrakcyjna-polska/

Jeszcze dwa słowa o „muzyce korzeni”. Oddech wstrzymałem przy pozycji Krzysztof Krawczyk „Wiecznie młody. Piosenki Boba Dylana”. Rozumiem, że literacki Nobel dla słynnego artysty namieszał w głowach wielu, ależ żeby aż do tego stopnia? WCIAS, Hańba, Maniucha & Ksawery, Zebry a Mit, TeChytrze to są korzenie, których słuchać się chce.

Jak rozumiem, w ogóle sam fakt nominowania kowerów Dylana do Korzeni wzbudził kontrowersje. Podobny ton wyczuwam też u cenionego krytyka Bartka Chacińskiego:

https://polifonia.blog.polityka.pl/2018/03/07/nie-strzelac-do-fryderyka/?sso_logout=1

Szkoda tylko, że nie będzie bezpośredniego pojedynku Młynarski-Dylan, bo w kategorii Muzyka korzeni nominowane są songi Boba Dylana w wykonaniu Krzysztofa Krawczyka. Świat na to czekał, jeśli nie wiedzieliście.

Mam swoją opinię na ten temat i nie zawaham się jej wyłożyć. Krótko.

Śpiewanie Dylana (zarówno w sensie „jego własne śpiewanie”, jak i „śpiewanie jego utworów”) jest sięgnięciem do korzeni. Jest grzebaniem w pyle przeszłości, bo jest to twórczość w dużej mierze, nomen omen, zakorzeniona w tradycji. Dylan przywołuje artystyczny etos i modus operandi dawnych pieśniarzy wędrownych. Dylan odwołuje się do przepastnej tradycji literackiej i jej funkcji w dawnych społecznościach. Dylan wreszcie korzysta z tradycyjnych, korzennych stylów muzycznych bez nadmiernego przeinaczania ich i odziewania w nowoczesny kostium.

Przy tym przypomnę, że kategoria Muzyka Korzeni obejmuje także blues, folk, country, reggae itp. Zatem Dylan jest korzenny. A jego polskie wersje wcale nie są konfekcją. No, przynajmniej nie zawsze. Wierzę, że nasze na pewno. Dbaliśmy – zarówno na poziomie aranżacji, jak i sposobu nagrania – by brzmiało to wszystko „folkowiej”, starzej, plastyczniej. I rzeczywiście, gdy w radiu lecą Czasy nadchodzą nowe, aż z daleka czuć, że to jest inaczej wyprodukowane, cieplej, masywniej, a zarazem lżej, bliżej słuchacza – odróżnia się od sąsiednich kawałków. Jakoś bliższe jest starym nagraniom.

Zatem nie widzę kontrowersji w kwalifikowaniu „polskiego” Dylana do Muzyki Korzeni. Gdyby to nie był ten produkt, tylko np., hipotetycznie, Martyny Jakubowicz czy kapeli Raz Dwa Trzy, na pewno nie przynosiłby wstydu Akademii Fonograficznej. Byłby „korzenny”. Rzecz nie w tym, czy to tradycja „naszych”, „polskich” korzeni. Wszak ani blues, ani country, ani reggae nie są rdzennymi stylami muzyki. Za to – przypominam – literatura przekładana WZBOGACA dorobek literacki danej kultury, kultury ODBIORCY. „Psałterz Dawidów”, czyli przekład Księgi Psalmów dokonany przez Jana Kochanowskiego, stanowi jeden z fundamentalnych tekstów literatury polskiej. „Polski” Dylan może być traktowany jako cegiełka w gmachu tejże literatury polskiej.

TA nominacja budzi kontrowersje. Ale, według mnie, z powodu samego Dylana nie powinna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 8 )
  • Panie Filipie,
    To piszę ja, autor tekstu na NowejMuzyce.pl. Nie chodziło o twórczość Dylana samą w sobie. Przecenić jej nie sposób, a wnioski ogólne, które Pan wykłada w końcówce wpisu, podzielam. Intencją było wskazanie, że w dzisiejszej polskiej muzyce jest silny prąd spoglądania wstecz w swoje korzenie muzyczne i odczytywanie jej na nowo (patrz Żywizna na przykład). Przykłady (nie wszystkie) wymieniłem w tekście. Tymczasem Akademia Fonograficzna zamiast stanowić swoisty drogowskaz, wskazywać ożywcze prądy w polskiej muzyce, uparcie trzyma się bezpiecznych wyborów, jakim wybór płyty z piosenkami Dylana jest. Więc sam Dylan, a wraz z nim jego twórczość, są tu „ofiarami” przypadkowymi – rzec bym tak chciał. Dużo lepszym sposobem w krzewieniu „dylanizmu” w Polsce jest ten blog lub książka „Tarantula” z pańskim, drogocennym przekładem.
    Proszę nie przypisywać mi intencji ksenofobicznych. Gdyby Martyna Jakubowicz lub Raz Dwa Trzy byli nominowani, moja reakcja byłaby podobna. Tym samym nie o Krawczyka personalnie tu chodzi. Sens w nagrywaniu utworów Dylana jest. Przykładem chociażby ostatnio wydany album grupy Titus Andronicus „A Productive Cough”.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Bardzo dziękuję za tak szybki komentarz i za światło. Moja intuicja jak zwykle poprowadziła mnie trafnie, ale opłotkiem, czyli w efekcie błędnie. Niemniej jestem zdania, że niezależnie od potencjalnego sporu (do którego, jak widać, nie ma pola) same argumenty za skorygowanym rozumieniem tradycji powinny zostać zapisane. I zostały. Niskie ukłony. I dziękuję za dobre słowo o Tarantuli.

      Odpowiedz
  • KK

    No smuteczek. Ale trzeba żyć. W nagrodach literackich jest podobnie. Nominowane, ba – nagradzane, są koszmarki, często wulgarne, po linii, z dużego wydawnictwa itd. Dobra literatura ma zawsze pod górkę. Wydawało się, że F. to nagroda branżowa, a branża ma „otwartą głowę” – ale nie.
    Perły przed wieprze.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Proszę zwrócić uwagę, że nie polemizuję tu z nominacją, tylko z reakcją na nominację (a, jak się okazało, w zasadzie z wydumaną przeze mnie reakcją). polemizowałem bowiem tylko z kwestionowaniem kowerów Dylana jako sztuką korzeni. Natomiast co do samych Fryderyków – jest to nagroda branży dla branży. Otwarte pozostaje pytanie, czy branża jest ciekawa czegoś nowego, czy porusza się wyżłobionymi koleinami. Często jednak mamy do czynienia z tym drugim wypadkiem. Czternaście lat temu w Przekroju napisałem artykuł Grupa trzymająca jazz o tuzach, które decydowały, co jest jazzem, a co nie. Rykoszetem dostało się dwóm wybitnym młodszym, Jackowi Kochanowi i Olo Walickiemu, którzy, jak się potem okazało w rozmowach f2f, w ogóle nie mieli wpływu na werdykty ferowane przez Ptaszyna, Nahornego i Brodowskiego. Sprawa jest znacznie głębsza – akademikom nie chce się posłuchać, znany producent ponoć po 15 sekundach „wie”, czy to jest np. pop, czy rock. A jeżeli pierwsza minuta płyty deathmetalowej to sopran z orkiestrą smyczkową, odrzuci. Fryderyki nie służą wskazówkom, drogowskazom, nie służą pobudzaniu ciekawości, w ogóle nie służą ciekawości. Miło je dostać, ale nie dostać to nie wstyd.

      Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Jeżeli Pani/Pan chce, mogę pod uwidocznionym tu adresem mailowym przesłać ten artykuł o jazzowych Fryderykach, bo go mam w pdf. Ale nie przymuszam, broń Boże, tylko wiem, że w necie jest nieuchwytny, a rzuca pewne światło na zjawiska, które częściowo wciąż pokutują.

      Odpowiedz
  • Marcin Kwiecień

    Jeśli Fryderyki są nagrodami branży muzycznej, to jest to grupa – lekko mówiąc – albo ignorantów, albo grupa znajomych rozdających sobie suweniry.
    LemOn, Zawiasów, Mrozu, Mikromusic to nie muzyka alternatywna. Taką jest np. Zimpel/Ziółek (i wiele innych).
    VooVoo to kategoria rock. W Polsce jest olbrzymia scena muzyczna. Kreatywna, poszukująca, twórcza i absolutnie nie „towarzyska”. Tylko tych twórców nie ma wśród nominowanych! Ani np. w alternatywie, ani w korzeniach.
    Wspomniana płyta Krawczyka to nawet nie złe dzieło, tylko bylejakie. Nagrane, zaśpiewane, wyprodukowane. Pierdupierdu do puszczanie w radiu dla tantiem. Podobnie jak Maleńczuk.
    Naprawdę w 2017 byli o całe eony lepsi.
    Wy byliście lepsi, że stawianie waszej plyty z Krawczyka to zwyczajne nieporozumienie. Wasza płyta jest fenomenalna i lokuje się w kategorii pop/rock. Tam powinna być nominowana. Albo przegrać nominację z kimś równym sobie.
    Fryderyki są – być powinny- dla artystów. Twórców.
    Nie dla „artystów estrady”.
    Podsumowaniem całości jest juz pierwsza kategoria przebój.
    Cover Mlynarskiego to produkcja stricte komercyjna, promująca „przebój kinowy”.
    W ramach podsumowania cytat z poety, prawie dokładny – o wielka Akademio – „żenada, ptaszki, żenada”.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Marcin, zerknij też na moją odpowiedź do KK wyżej (lub niżej, nie wiem, jak Ci się wyświetla).

      Odpowiedz
  • adam

    bo Pan Krzysztof mocno zapuścił korzenie. nie bardzo znam fryderyki ale widać lepiej się od nich trzymać z daleka. kibicowałem KK jak każdemu kto się bierze za Dylana. powiedzmy, ze nie wracam do tej płyty. wasza stoi równoprawnie obok czystych Dylanów.

    Odpowiedz