loading
22 Cze

SO IT’S FARE THEE WELL…

Życie zmusza do trudnej nauki pożegnań. To nieuniknione i na dłuższą metę zdrowe, bo wieczność byłaby chyba czymś strasznym. Tyle że gdy doświadczamy końca, to zawsze i strach, i żal.

W pewnym sensie właściwie cała nasza działalność w dylan.pl jest opóźnianiem tego, co i tak musi przyjść. Sami musimy się kiedyś zestarzeć tak bardzo, że ani nie będziemy mieli siły wtoczyć się na scenę, ani nie zobaczymy pod sceną tych, którzy chcieliby czegokolwiek od nas usłyszeć. Sami zaczęliśmy późno jako zespół, już wszyscy w wieku lekkopółśrednim, nie mieliśmy nigdy szansy doczekać się wielu tysięcy fanatycznych wielbicieli. Na dodatek materia, w której robimy, to twórczość epoki odchodzącej.

Myśli te w szczególny sposób zaczęły mi się krystalizować w ostatnich dniach/tygodniach, wraz z odejściem Roberta Brylewskiego.

{il/foto: Piotr Grzybowski/SE/East West}

Dwóch z nas też znalazło się na Powązkach w tłumie osieroconych, mogliśmy więc zobaczyć, jak różne światy Afa potrafił ze sobą skojarzyć. Pobieżny przegląd samych Jego wypraw muzycznych (i graficznych) pokazuje, że był czarodziejem, który z cylindra potrafi wydobywać niemal wszystko. I za każdym razem wydobywa rzeczy frapujące, niebanalne, nieprzewidywalne, nieoczywiste, niepasujące do naszych oczekiwań. Dopiero po latach okazuje się, że ile było tam pasji, ciekawości, przekory wobec stada – zarazem bez udziału złego licha. Robert tworzył z potrzeby i z pragnienia tworzenia, nie na złość innym i bez cienia koniunkturalizmu, nie dbał o poklask. To oczywiste, ale jakoś szczególnie dojmujące dziś, gdy wiemy, że na ten poklask – drogi, nie tani – zasłużył bez wątpienia. I że nie bardzo wiadomo, czy ktokolwiek umiałby tak szeroko świat dźwięków zagarnąć.

Partia, która zgromadziła się na Powązkach 15 czerwca, mogłaby wiele wywalczyć lokalnie. Choć – znając naszą zadrę narodową – zanim by coś osiągnęła, podzieliłaby się na kilkadziesiąt cząsteczek.

Coraz częściej mówimy o materiale na nową płytę – już pojedynczą, choć rada by dusza do całego śpiewnika Dylanowskiego. Gramy na żywo cztery kawałki, których na Pogodynce nie ma, mamy pomysły na kolejne (listę już ustaliłem, ba, nawet kolejność – choć to się może pozmieniać). Jeżeli znajdzie się piniondz na takie bezczelne przedsięwzięcie, to zaryzykujemy. Czy wiele osób na to w Polsce czeka – pytanie otwarte. Ale nam tez nie do końca o poklask chodzi, bo działalność dylan.pl ma w sobie mnóstwo z misji, niełatwej, choć wdzięcznej. Przyjemnie majstrować przy materiale, który jest po prostu dobrej jakości.

I był naprawdę pomysł, który zrodził się tej wiosny, kiedy Robert już nie mógł sam o sobie decydować, w szponach śpiączki – żeby zagrał na tej naszej płycie na melodyce. W dwóch kawałkach. Tym bardziej, że z oddali z przyjaźnią śledził nasze poczynania.

{fot. Anja Bananja}

Niedawno w telewizji miałem okazję obejrzeć nową ekranizację powieści Raya Bradbury’ego Fahrenheit 451 – tę, gdzie gra zawsze cholernie wyrazisty Michael Shannon. Film nie powalił – w porównaniu z dawną wersją François Truffaut leciał po wizualnych łatwiznach, był bardziej jakby z epoki Harry’ego Pottera niż kina-kina. Niemniej i on, i ten poprzedni, i książka sama – interweniują w sprawie, która wydaje się przegrana.

{il. za: http://www.slashfilm.com/fahrenheit-451-teaser-trailer/}

Bo czym usiłują nas te dzieła wystraszyć? Groźbą, że oto przyjdą silni, wyposażeni w miotacze ognia, i spalą nam książki. So what? Przecież ludzkość pali książki od jakiegoś czasu. Metaforycznie. Przestajemy czytać, rozumieć, pamiętać (parafrazując prawo Lema). Ślizgamy się po okruchach, odbiciach, fantomach kultury, liżemy okiem i mózgiem hedlajny i „mamy ogarnięte”. Czytanie książek staje się uprawianiem jakiegoś starożytnego, z lekka śmiesznego rytuału – a dziesiątki pogrążonych w lekturze pasażerów metra, których widuję codziennie – to nic nie znaczy, bo oni są elitą. Zresztą – nawet jeśli nie zarzucimy literatury jako takiej, będziemy ją niebawem przyswajać poprzez czipy, wewnętrzne łącza z Siecią, będziemy wgrywać je w siebie, w połowie już sztuczni, bo technologia jest coraz bliżej takiej opcji.

Tylko czy będziemy jeszcze przeżywać coś, co się załaduje w kilka sekund w postaci quantum słów? Czy będziemy jeszcze umieli  emocjonować się, „co będzie dalej”, skoro całą treść poznamy w postaci jednej wielkiej piguły bitowej?

Nie ma już chyba takich ludzi jak Robert. Tak totalnie otwartych na bogactwo impulsów, a zarazem tak w dupie mających sformatowany korpoświat, którego codziennie stajemy się częścią – z konieczności. Nie idealizuję faceta, którego znałem z dala, bo spotkaliśmy się w życiu pewnie z dziesięć razy i zawsze zbyt pobieżnie. Z pewnością miał – jak sam przyznawał publicznie – sporo wtop życiowych, ale pozostawił dziedzictwo przerastające przeciętnego odbiorcę swoją przepastnością. I łączył, nie dzielił. Łączył wszechświaty. Prowokował je do dialogu.

Nie ma już takich energii, jakie wyzwalały kiedyś najnowsze książki Kogoś-Tam. Książek jest za dużo, a przez to nie ma już siły, by móc te dobre odcedzić. Dużo krzyczy się o książkach niewartych funta kłaków, a pewnie wiele świetnych, frapujących, prowokujących – ginie, nie spalonych, a przytłoczonych.

Nie ma takich kosmicznych, wszechogarniających twórców piosenek jak Bob Dylan. Jest pełno fantastycznych twórców, ale takiego nie ma. Takiego Szekspira, Homera, Cervantesa i Dostojewskiego w jednym.

Każde medialnie chwytliwe powiedzenie „nowy Dylan” czy „nowy Brylewski” to wydmuszka, to ułuda, to cokół z gips-kartonu.

Pozostaje więc albo robić swoje (co niektórzy nazywają dancingiem na Titanicu), albo przeformułować priorytety, przeprogramować się i szukać sublimacji w zupełnie nowych sferach – do czego historia i tak nas przymusi.

Ale jakoś – żal.

https://www.youtube.com/watch?v=x2cHXPkLcPs

{il za: http://www.writersdigest.com/online-editor/how-to-structure-a-killer-novel-ending}

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 5 )
  • Piotr Sakwerda

    Przeczytałem Pański wpis wiele dni temu, ale dopiero dziś odważę się, by „skrobnąć” komentarz. Bo co tu można dodać – „gdy Titanic tonął, to też orkiestra grała…”

    Poraziła mnie śmierć Roberta…

    Stanęły mi przed oczami nocne słuchania w latach 80-tych CZARNEJ BRYGADY, za którą – szerze mówiąc – nie przepadałem, ale miałem poczucie, że jest to SZTUKA przez duże S; IZRAELA pokochałem całym sercem i dzięki temu muzycznemu wcieleniu Bryla odkrywałem jamajskie rytmy z ich królem Bobem M. na czele…

    Potem było osobiste spotkanie – na koncercie dla przyjaciół i znajomych w DS SPARTAKUS we Wrocławiu – to był najwspanialszy wielogodzinny trans muzyczny, w jakim miałem możliwość uczestniczyć, A po nim długie rozmowy, szkoda jedynie, że na haju…

    Kilka płyt stoi do dziś na półce i zawsze będę do nich wracał…

    Tego klimatu już nie ma – tego wzruszenia, gdy kładło się na talerz gramofonu z trudem zdobytego analoga, otwierało przepłaconą w antykwariacie książkę czy wydębiło od „konika” bilet na upragniony film. To se ne vrati. Pomimo tego, że żal, róbmy swoje – tańczmy na Titanicu, starając się w codziennym chaosie odnaleźć wartościową Sztukę, bez której nie możemy żyć. Ja czekam na Wasze „bezczelne przedsięwzięcie”. i wierzę, że piniondz się znajdzie. Serdeczności!!!

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Super – jeden klient już się znalazł! I to pomimo druzgocącego głosu recenzentki pewnego pisma, która napisała, że brzmimy jak nieudolna poezja śpiewana czy jakoś tak. W zeszłym roku – oczywiście ma pełne prawo, ale zawsze to zmusza do autorefleksji.

      Odpowiedz
      • Piotr Sakwerda

        Ciekawe, co według tej recenzentki brzmi jak „udolna” poezja śpiewana.

        Odpowiedz
  • Michał

    Tak po prawdzie, nie wiem czy to duża motywacja, ale uznałem, że powinien Pan to zobaczyć :

    http://bob-dylan.org.uk/archives/7478

    Utwór dylan.pl „Arlekin” znalazł się na liście 100 najlepszych coverów Dylana według jednej strony poświęconej jego twórczości prowadzonej przez pewnego Brytyjczyka. Jak dla mnie – imponujące osiągnięcie.

    Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów, a także mam szczerą nadzieję, że za jakiś czas będę Waszą mógł nową płytę zakupić.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Ja piernikuję… To wprawdzie są piosenki zgłaszane przez ludzi, ale skoro pan Attwood to firmuje gościną w swoim blogu (naprawdę wybitny znawca), to jakoś robi się miękcej na sercu. Dziękuję – dziękujemy – za info. bo byśmy sami pewnie nie wpadli. Choć ja często zaglądam do Untold Dylan akurat. Niemniej – jest Pan posłańcem radosnych wieści.

      Odpowiedz