loading
30 Lip

W WIELU PĘTACH DŻDŻU

Już nasz profil na FB zdradził, że wszedłem w alternatywne wersje tekstu tej mojej ukochanej piosenki Tangled Up in Blue.

Bo mało który ze słynnych utworów Dylana ma tak wiele odmian tekstu, począwszy od osoby narracji na liczbie zwrotek i konkretach (postaciach, sytuacjach, rekwizytach) skończywszy. I wciąż jest to ta sama piosenka, o tym samym trójkącie.

{il. za: https://pl.pinterest.com/pin/839921399228235289/?lp=true}

Przyznam się, że wersja, którą opublikowałem w książce Duszny kraj i którą nagraliśmy z dylan.pl (i gramy na koncertach), nie ma swojego odpowiednika w żadnej wersji Dylanowskiej. To próba połączenia dwóch wersji studyjnych (nowojorskiej z września 1974 i minneapolitańskiej z grudnia 1974) z dodatkową modyfikacją, którą sam zapamiętałem z jakiegoś dawnego koncertu, czyli zwrotką utrzymaną w perspektywie „ty”.

Ale ponieważ jakiś czas temu, z myślą o drugiej części książkowej antologii tekstów BD, przełożyłem sześć różnych wersji Caribbean Wind, bo nie ma jednej kanonicznej – a tam też odmiany są spore – przyjrzałem się niedawno i Dżdżowi. I spodobała mi się ogromnie również ta migotliwość tekstu, jego ciągłe życie. I dlatego powstało pięć wersji opartych na konkretnych wykonaniach. Myślę, że też się pobawimy tak na żywo. Może już na najbliższym koncercie zagramy jedną z tych wersji obocznych. Bo każda ma swój wdzięk (i dźwięk).

W SZARYCH PĘTACH DŻDŻU

[wersja oryginalna z „nowojorskiego” Blood on the Tracks 1974]
„A gdyby wciąż była ruda – zastanawiał w łóżku się –
czy coś by to zmieniło?” – słoneczny wstawał dzień
mówiły złe języki: „Nie uda im się, bo
jej mamusia dzierga ciuszki, a jej tatuś zarabia byle co”
więc on stopem chciał do metropolii, choć lał rzęsisty deszcz
jakoś wszystko dopiąć starał się, już niejeden przecież też

spłacił dług
w szarych pętach dżdżu

Była właśnie przed rozwodem, gdy się zakochał w niej
według mnie nazbyt brutalnie, lecz pomógł jej wyplątać się
szosą pognał byle dalej, aż w pewną smutną noc
zostali przyjaciółmi, chyba tak zawyrokował los
on się nawet nie obejrzał, lecz dobiegł go jej szept
„To wcale nie jest koniec, jeszcze kiedyś spotkam cię

tam czy tu
w szarych pętach dżdżu”

Najmował się za dniówki jako kucharz, szofer, drwal
ale wszędzie krew się lała, coś go pchało ciągle w dal
wziął też fuchę na lotnisku, razem było ich tam dwóch
cargo woził w San Francisco, lecz do niej wracał myślą znów
na karku czuł przeszłości dech, ból się sączył z dawnych ran
kobiet miał na pęczki, a mimo to był sam

jak stary kruk
w szarych pętach dżdżu

Zatrzymałem się na piwo, to był jakiś z rurą bar
wtem widzę ją, jak tańczy spowita w męski gwar
wreszcie lokal się wyludnił i ja też mijałem próg
nagle staje mi na drodze, mówiąc: „Jak ty się nazywasz, mów”
zlustrowała mnie w półmroku, po czym klękła mi u stóp
bąknąłem, że nieswojo mi, gdy czyściła z błota but

zniszczony mój
w szarych pętach dżdżu

Z kominka ciepło biło, dała fajkę, pić i jeść
rzekła: „Ależ z ciebie mruk, ledwie wybąkałeś cześć”
i otwarła mi przed nosem książkę, pokazała piękny wiersz
jego prawdy blask rozjaśnił izbę wzdłuż i wszerz
sonet był sprzed ośmiu wieków, jakiś go na pisał Włoch
a brzmiał tak dojmująco, jakby ja sam był autorem

jego słów
w szarych pętach dżdżu

Jak nie w ciągu, to w robocie – on na haju stale żył
ona piękne odkładała plany, nie starczało na nie sił
„Dolce vita” – powtarzała, „Mamy wszystko – mówił on –
konto, pałac i luksusów w bród” – ja się tylko śmiałem w głos
nagle przyszła katastrofa, poczuła, że ma dość
lecz to mnie na bruk wygnała, choć przyszedłem jako gość

na chłód i głód
w szarych pętach dżdżu

Wędrówka nauczyła mnie, jak za ciosem znosić cios
wciąż błądzić za nią wszędzie każe mi wewnętrzny głos
nasi dawni przyjaciele liczą słupki, brną we łzach
cokolwiek dzisiaj robią, nierealni są jak w snach
a ja wiem, że i ją, i mnie ten sam doświadczył los
z różnych kierunków zmierzamy na to samo dno

dzień po dniu
w szarych pętach dżdżu

W SZARYCH PĘTACH DŻDŻU

[wersja z Blood on the Tracks 1975]
„A gdyby wciąż była ruda? – dręczyłem w łóżku się –
czy coś by to zmieniło?” – słoneczny wstawał dzień
mówiły złe języki: „Nie uda im się, bo
jej mamusia dzierga ciuszki, a jej tatuś zarabia byle co”
do metropolii chciałem stopem, choć lał gęsty deszcz
wszystko dopiąć próbowałem, niejeden przecież też

spłaciłem dług
w szarych pętach dżdżu

Była właśnie przed rozwodem, gdy się zakochałem w niej
może nieco zbyt brutalnie, lecz pomogłem jej wyrwać się
szosą mknęliśmy przed siebie, aż w pewną smutną noc
zostaliśmy przyjaciółmi, chyba tak zawyrokował los
nawet się nie obejrzałem, lecz dobiegł mnie jej szept
ukradkiem rzekła za mną w ślad: „Jeszcze kiedyś spotkam cię

tam czy tu
w szarych pętach dżdżu”

Najmowałem się za dniówki jako kucharz, goniec, drwal
nie zagrzałem nigdzie miejsca, coś mnie pchało ciągle w dal
pływałem też na kutrze aż za Kajmański Rów
ale nawet na Antylach obraz jej mnie ścigał znów
a razem z nim przeszłości dech, ból się sączył z dawnych ran
kobiet miałem wciąż na pęczki, a jednak byłem sam

jak stary kruk
w szarych pętach dżdżu

Zatrzymałem się na piwo, to był jakiś z rurą bar
wtem widzę ją, jak tańczy spowita w męski gwar
wreszcie lokal się wyludnił i ja też mijałem próg
nagle staje mi na drodze, mówiąc: „Ja cię znam, na miły Bóg”
zlustrowała mnie w półmroku, po czym klękła mi u stóp
nieswojo bardzo czułem się, gdy czyściła z błota but

zniszczony mój
w szarych pętach dżdżu

Z kominka ciepło biło, dała mi i pić, i jeść
rzekła: „Ależ z ciebie mruk, już się bałam, że nie powiesz cześć”
i otwarła mi przed nosem książkę, pokazując palcem wiersz
jego prawdy blask rozjaśnił izbę wzdłuż i wszerz
sonet z trzynastego wieku, jakiś go napisał Włoch
a brzmiał tak dojmująco, jakbym ja sam był autorem

jego słów
w szarych pętach dżdżu

Żyła z tym facetem tam, gdzie muzyką noce brzmią
i tumult trwa, a w suterenie ja też znalazłem kąt
on się wplątał w handel ludźmi, wreszcie gdzieś go trafił szlag
ona poszła do lombardu, swego życia tam złożyła wrak
tak to miarka się przebrała, poczuła, że ma dość
lecz na bruk wygnała tego, co przyszedł jako gość

na głód i chłód
w szarych pętach dżdżu

Wędrówka nauczyła mnie, jak za ciosem znosić cios
wciąż błądzić za nią wszędzie każe mi wewnętrzny głos
nasi dawni przyjaciele poszli w biznes, w tango, w piach
cokolwiek dzisiaj robią, nierealni są jak w snach
a ja wiem, że i ją, i mnie ten sam doświadczył los
z perspektyw różnych jawi się nam to samo dno

dzień po dniu
w szarych pętach dżdżu 

W SZARYCH PĘTACH DŻDŻU

[wersja z koncertu 10.12.1978]
„A gdyby wciąż była ruda – dręczyłem w łóżku się –
czy coś by to zmieniło?” – słoneczny wstawał dzień
mówiły złe języki: „Nie uda im się, bo
jej mamunia dzierga czapki, jej tatunio zarabia byle co”
do metropolii chciałem stopem, choć lał gęsty deszcz
dopiąć sprawy planowałem, lecz niejeden jeszcze mnie

czekał dług
w szarych pętach dżdżu

Była właśnie przed rozwodem, gdy się zakochałem w niej
może nieco zbyt brutalnie, lecz pomogłem jej wyplątać się
szosą gnaliśmy przed siebie, aż w pewną smutną noc
zostaliśmy przyjaciółmi – chyba tak zawyrokował los
nawet się nie obejrzałem, lecz dobiegł mnie jej szept
zerkała za mną raz po raz: „Przecież kiedyś znów spotkamy się

tam czy tu
w szarych pętach dżdżu”

Łapałem byle fuchy, kładłem się z pluskwami spać
ale wszędzie krew się lała, tak jak z nieba deszcz się lał
pływałem też na kutrze, ostro ze mną igrał los
pod Nowym Orleanem pożar mi osmalił włos
i ścigał mnie przeszłości dech, z jej obrazem szedłem w tan
kobiet miałem wciąż na pęczki, a jednak byłem sam

jak stary kruk
w szarych pętach dżdżu

Zatrzymałem się na piwo, neon drżał „Flamingo Bar”
wtem widzę ją, jak tańczy spowita w męski gwar
wreszcie lokal się wyludnił i ja też mijałem próg
nagle staje mi na drodze, mówiąc: „To nie przypadek, żeś wpadł tu”
zlustrowała mnie w półmroku, po czym klękła mi u stóp
nieswojo bardzo czułem się, gdy czyściła z błota but

zniszczony mój
w szarych pętach dżdżu

Z kominka ciepło biło, ona flagą owinęła się
rzekła: „Ależ z ciebie mruk, już się bałam, że nie powiesz cześć”
i otwarła nagle Biblię, i zaczęła czytać mi
z Jeremiasza siedemnaście, wers dwadzieścia jeden i trzydzieści trzy
nie znam się na Piśmie Świętym, lecz mnie uderzyło to
że ta księga sprzed stuleci brzmiała, jakbym sam autorem

był jej słów
w szarych pętach dżdżu

Żyła z tym facetem tam, gdzie muzyką noce brzmią
i tumult trwa, a w suterenie ja też znalazłem kąt
on się wplątał w handel ludźmi, wkrótce mróz jej duszę skuł
wszystko dała do lombardu: kolie, futra, nowy wóz
wreszcie przyszła katastrofa, poczuła, że ma dość
na bruk wygnała mnie, choć ja przyszedłem jako gość

na chłód i głód
w szarych pętach dżdżu

Wędrówka nauczyła mnie, jak znieść najpodlejszy cios
nasi dawni przyjaciele, jeśli żyją, również kuszą los
kładą dachy, kradną klucze, biorą śluby, toną w grach
cokolwiek dzisiaj robią, nierealni są jak w snach
a mnie wciąż gna coś w dal, świat wspólny zamieszkuję z nią
z perspektyw różnych jawi się nam to samo dno

dzień po dniu
w szarych pętach dżdżu 

W SZARYCH PĘTACH DŻDŻU

[wersja z koncertu Real Live 7.07.1984]
„A gdyby wciąż była ruda – zastanawiał w łóżku się –
czy coś by to zmieniło?” – słoneczny wstawał dzień
mówiły złe języki: „Nie uda im się, bo
jej mamusia dzierga ciuszki, a jej tatuś zarabia byle co”
więc on stopem chciał do metropolii, choć lał rzęsisty deszcz
w radiu serwis leciał cały czas, gdy przez kraj podążał wszerz
a potem wzdłuż
w szarych pętach dżdżu

Gdy ją poznał, to jej mężem cztery razy starszy facet był
wkrótce ją zostawił w biedzie, a podobno przedtem bił
szosą mknęli byle dalej, aż w pewną smutną noc
zostali przyjaciółmi – chyba tak zawyrokował los
z wolna zaczął się oddalać, kiedy dobiegł go jej szept:
„Chciałabym ci wszystko opowiedzieć, czego życie nauczyło mnie”
on na to: „Też cię kocham, szkoda słów”

motali się w szarych pętach dżdżu

Pracę dobrą i garnitur miał, nie narzekał, ale wtem
wszystko rzucił i tak jak stał, znikł za horyzontem hen
był widziany w Nowym Orleanie, w Alabamie błysnął nóż
oszalał na Florydzie, prawie tonął w Baton Rouge
na karku czuł przeszłości dech, ból się sączył z dawnych ran
lada dziewcząt miał zbyt wiele, lecz kiedy leżał sam
miał w duszy obraz twój
wplątany w szare pęta dżdżu

Na jednego zatrzymałem się, jasno było tam jak za dnia
nagle widzę ją, na scenie się gnie, myśl za myślą w głowie gna
potem lokal się wyludnił, ja też planowałem wyjść
nagle staje mi na drodze, mówiąc: „Kombinujesz coś czy nic?”
„Absolutnie nie” – odparłem więc, ona przysunęła twarz
czułem żar obydwu naszych serc, ona się schyliła aż
do moich stóp
w szarych pętach dżdżu

Żyła z tym facetem tam, gdzie wciąż tumult, zima trwa
trzeba zbierać szron ze ścian, w suterenie się gnieździłem ja
w końcu jego niewolnice prysły precz, a on wpadł w szał
wywrócony był na nice, więc mnie pociąg wywiózł w dal
potem przyszła katastrofa, ja już byłem pośród palm
czułem, że jedzenie mi się cofa, nie wiedziałem, gdzie jest góra, a
gdzie dół
w szarych pętach dżdżu

Wędrówka wiele nauczyła mnie, może jutro, może za rok
w tłumie mężczyzn, kobiet znajdzie się ktoś, kto błądzi poprzez mrok
są wśród nich iluzjoniści i świątynni kupcy są
którym nic się nie chce ziścić, jak pościelą sobie, to tak śpią
a ja wciąż gnam za słońcem w ślad z dala od szemranych stron
tę samą kochaliśmy ty i ja, różnił nas widzenia kąt
tak dzień po dniu
w szarych pętach dżdżu

W SZARYCH PĘTACH DŻDŻU

[wersja z koncertu 29.11.2014]
„A gdyby wciąż była ruda – zastanawiał w łóżku się –
czy coś by to zmieniło?” – słoneczny wstawał dzień
mówiły złe języki: „Nie uda im się, bo
jej mamusia dzierga ciuszki, a jej tatuś zarabia byle co”
więc on stopem chciał do metropolii, choć lał rzęsisty deszcz
w radiu serwis leciał cały czas, gdy przez kraj podążał wszerz
a potem wzdłuż
w szarych pętach dżdżu

Była właśnie przed rozwodem, gdy się zakochał w niej
według mnie nazbyt brutalnie, lecz pomógł jej wyplątać się
szosą gnali byle dalej siebie, aż zawyrokował los

że zostali przyjaciółmi na odludziu, w smutną noc

nawet się nie obejrzała, lecz słyszała jego szept

ukradkiem mówił za nią w ślad: „Jeszcze kiedyś spotkam cię

może tam, może tu

w szarych pętach dżdżu”

 

Z kominka ciepło biło,  ona starła z blatu kurz

rzekła: „Chyba mogę ci zaufać, może kiedyś cię spotkałam już”

i otwarła zbiorek wierszy: „Masz, wędrowcze, posiedź z nim

zapamiętaj każdy wers, wyryj w głowie każdy rym”

wiersz był stary, lecz prawdziwy, każda strona lśniła tak

jakbym z duszy wyrwał ją i jakbym wszystko składał sam

z własnych słów

w szarych pętach dżdżu

 

Wędruję znów, bo może ich dopadnę kiedyś znów

wczoraj już jest za mną, jutro może jest już tu

jedni szczyty zdobywają, inni poszli w ziemi głąb

tego imię płonie ogniem, tamten gdzieś wyjechał stąd

a ja wciąż prosto nosa gnam, z dala od szemranych stron

różnie patrzysz na to wszystko, lecz ten sam nas doświadczał los

dzień po dniu

w szarych pętach dżdżu

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 2 )
  • MARCIN Kwiecień

    Jedno jest pewne – śpiewanie z Dylan na koncertach, nie jest łatwe.
    Czy to ja zapomniałem, jak to lecial Dylan ?
    Czy jestem świadkiem wiekopomnej chwili?

    Odpowiedz
  • Piotr Sakwerda

    Panie Filipie – dzięki za wytrwałość w przybliżaniu nam specyfiki zmienności Dylanowskich utworów. Czytałem gdzieś, że Cohen, który dopieszczał swe utwory latami, zanim nadał im wersję kanoniczną i zdecydował się nagrać, był zaszokowany tym, że Dylan któryś ze swoich „fajerwerków” stworzył w 15 minut. No cóż, inne podejście do słowa, co nie ułatwia Panu pracy. Maciej Zembaty miał prościej. Chapeau bas!

    Odpowiedz