loading
17 Gru

ZAZDROŚĆ

Zazdroszczę Dylanowi. I nie mam na myśli tego, co stworzył – ale tego, co stwarza na koncertach.

Od bodaj pół wieku powtarza się narzekanie części bywalców koncertów Dylana, że wykonuje klasyczne piosenki w wersjach niepodobnych do oryginałów znanych z płyt, że dopiero po kilku wersach ludzie orientują się, co właśnie jest im przekazywane. Że ten sympatyczny walczyk to niegdyś dziarskie Like a Rolling Stone, a to skoczne reggae to rozkosznie rzewna ballada One More Cup of Coffee. Grane dawniej na 6/8 folkowe hymny nagle przebierają się w rockabilly, a energetyczne rockery – w fortepianowe songi odwołujące się do muzyki soul.

Czy w ogóle artysta ma prawo tak drwić, tak igrać z oczekiwaniami ludzi, którzy przecież płacą krocie za bilety, żeby dostać potwierdzenie własnych tęsknot, a dostają jakieś muzyczne czupiradła?

Te pytania szczególnie mocno gorzeją w świetle triumfalnego koncertu Sir Paula w hali Tauron (i w wielu innych miejscach w ciągu ostatnich dekad). Gdy McCartney gra utwory z katalogu beatlesowskiego, stara się zagrać je jak najpodobniej do tych wersji, które stanowią ścieżkę dźwiękową naszych wspomnień. Wszystkie zagrywki i patenty rytmiczne, wszelkie solówki odwzorowują to, co zapisano na Abbey Road pół wieku temu i dawniej. Harmonijka musi zagrać TO SAMO w Love Me Do AD 2018, co grała w Love Me Do  AD 1962. Gitarzyści zespołu Sir Paula kopiują solówki George’a Harrisona, Paula McCartneya i Johna Lennona w The End. Bo za to dostali kasę – mają zafundować słuchaczom/widzom wycieczkę w dawno-dawno-temu. Widzowie/słuchacze mają przez te dwie godziny poczuć się młodsi, czyli – fajniejsi. Sir Paul – bez wątpienia Artysta formatu galaktycznego – jest w pewnym sensie niewolnikiem własnej popularności: ma na koncercie opowiedzieć ludziom o ICH WŁASNEJ przeszłości. Bądź nawet – dostarczyć im dźwiękowego sprzętu, by sami mogli sobie tę opowieść snuć.

Dokładnie temu służą wszystkie typowe cover bandy w rodzaju całego legionu kopistów muzycznych The Doors, Pink Floyd, Queen… Ma być tak, jak na płycie studyjnej. Inż. Mamoń ma mieć dźwiękową wersję albumu zdjęć rodzinnych.

Dylan nigdy nie szedł w tę stronę. Od czasu pierwszych tras z the Hawks nieustannie realizował w praktyce Einsteinowską tezę o wpływie obserwatora na rzeczywistość. To, że wraz z zespołem brał na warsztat swoje folkowe standardy I Don’t Believe You czy Baby, Let Me Follow You Down, oznaczało, że zabrzmią kompletnie inaczej niż na albumach z 1964 i 1962 roku. (Wyłom uczynił w 1974 i 1976 roku podczas koncertów z The Band, kiedy dawni kompani przymusili go niejako do wskrzeszenia tych „nowych/starych” wersji z 1966 – ale solówki grali nowe, tylko formę zachowali archiwalną).

Dlaczego Dylan tak w dupie ma nasze przyzwyczajenia? Dlaczego zachowuje się nie jak Artysta z Piedestału Rockowego, tylko jakiś wiecznie szukający jazzman?

Bo Dylan nie ma najmniejszego zamiaru opowiadać nam o NASZEJ WŁASNEJ PRZESZŁOŚCI. On nam opowiada o SWOJEJ WŁASNEJ PRZESZŁOŚCI, widzianej oczami STARSZEGO PANA. Nie odgrzewa dawnych emocji, nie bawi się w grupę rekonstrukcyjną, nie robi skansenu ze swojej twórczości. On ją sprawdza, testuje pod kątem współczesnej użyteczności. Szacunek wobec dawnych wersji zachowuje częściej w stosunku do cudzych piosenek, czego doświadczyliśmy na albumach Shadows in the NightFallen Angels i Triplicate oraz przy koncertowych wykonaniach piosenek z tych albumów. Tak jakby tylko w tych chwilach chciał wrócić do przeszłości – ale zarazem odrestaurować ją na swoich warunkach, czyli bez pięknych aranżacji orkiestrowych, bez chórów i bez – co oczywiste – gładkiego głosu solisty. Sam fakt, że on, ze swoim zdartym, chrapliwym barytonem, mierzy się z tą arcymelodyjną, słodką materią, jest już jakąś tezą, jest dyskusją z naszymi przyzwyczajeniami. Gdy zaczynał nagrywać piosenki z dawnego kanonu, wiedział też, że jeśli chce coś im dać od siebie, to na pewno uwolnić je od sztafażu, glitzu, brokatu. Chce im oddać rdzeń melodii i piękno harmonii, aranżując je razem z Tonym Garnierem na pięcioosobowe combo. I przekazać treść słów swoim zardzewiałym głosem, żeby pokazać, ile piękna straciliśmy, oddając się w niewolę rock’n’rolla, który miał unieważnić tamtą estetykę. Oto muzyczny konserwatysta podaje nam relikty z dawnych fal radiowych, by zapytać, czy na pewno te piosenki są dziś tylko zabytkami.

A więc wcale nie odgrzewa naszej młodości. Co najwyżej swoją – wraca do piosenek, które królowały w radiu, gdy był dzieckiem, gdy jego rodzice tańczyli na zabawach dla ówczesnej młodzieży.

Natomiast gdy gra Visions of JohannaSimple Twist of Fate czy Slow Train, nie chce niczego odgrzewać, nie chce też odzierać. Chce posmakować ich słów w takiej szacie muzycznej, jaka mu jest dziś najbliższa. I wie, że jeśli za dwa lata wyruszy w trasę, te same piosenki mogą zabrzmieć jeszcze inaczej. Bo nie pozwoli nam na wygodnictwo i lenistwo audialne. Wrzuca nas na pole minowe, byśmy razem z nim popatrzyli na dawne piosenki i czasy, ale JEGO oczami.

Dlatego też zdarza mu się jakże często zmieniać teksty piosenek – bo te wersje, które znamy z płyt studyjnych, traktuje jako pewne dokumenty, fotografie danego momentu. Nigdy nie są to wersje ostateczne. Mogą być – ale nie muszą. Do dziś Dylan śpiewa Blowin’ in the Wind w wersji tekstowej zasadniczo tej samej, co w 1962 roku. Ale nie możemy mieć pewności, że za dwa lata 79-letni Dylan nie wyrzuci któregoś wersu i nie wstawi innego w to miejsce.

I dlatego mnie też tak bawi porównywanie zarejestrowanych wersji tekstowych jego znanych utworów. Jeśli ukaże się druga część moich przekładów jego piosenek, będzie tam sześć wersji tekstowych utworu Caribbean Wind, po pięć Tangled Up in Blue i Billy tudzież trzy Most of the Time.

Swoją drogą takie twórcze redefinicje są możliwe na szeroką skalę tylko w muzyce. Rzeźbiarz nie wyrzeźbi drugi raz Myśliciela, malarz nie namaluje drugi raz Guerniki – a nawet jeśli, to będą to NOWE DZIEŁA. Chociaż właściwie czy nie jest tak, że każde wykonanie koncertowe jest w jakiś sposób NOWYM DZIEŁEM?

No dobra. A dlaczego tytułowa zazdrość?

Bo też bym tak chciał. Też chciałbym, żeby dylan.pl mógł grać piosenki, które ludzie znają z płyty (przyszłych płyt? Aż boję się pomyśleć, że to możliwe, bo widoki są takie sobie, rynek kuleje na wszystkie kończyny) – w wersjach kompletnie albo choć trochę innych. Tak się dzieje z jedną piosenką – Każde trawy źdźbło, którą wykonujemy radykalnie inaczej niż na płycie. Ale kusi, żeby Balladę o cieniasie zasunąć w rytmie reggae albo Jest mi miłość zasnuć na modłę tiulowego knajpianego bluesa w stylu muzyki Badalamentiego do Twin Peaks.

Ale to jest możliwe tylko w jednym wypadku – gdy zespół ma już solidną bazę fanowską i gra regularnie. Może często spotykać się na próbach i testować nowe aranżacje, które następnie sprawdza w ogniu na scenie.

Tymczasem ostatni koncert dylan.pl odbył się niemal pięć miesięcy temu, 4 sierpnia 2018, i nie wiemy nic o tym, by zanosiło się na kolejny. Być może zaspokoiliśmy już rynek w Polsce, który więcej potrzeb na nasze granie nie zgłasza. Mamy ochotę, mamy materiał, także rosnący materiał nowy – ale być może w obecnej sytuacji rynkowej propozycje wymagające skupienia i myślenia, niebędące czystą rozrywką, są skazane na hibernację – albo odesłanie ad acta na amen. Szczególnie gdy pochodzą od ludzi o względnie świeżym statusie – od 2017 roku, kiedy zaczęliśmy grać koncerty, nie zdołaliśmy zarobić na status trwałego elementu pejzażu estradowego.

A redefiniować na scenie można tylko legendę bądź bogate dziedzictwo. Nowoprzybyli nie mogą pobawić się własną twórczością, sprawdzić jej w odmiennych perspektywach dźwiękowych czy literackich – bo są dopiero w przedszkolu, z którego w dodatku być może nigdy nie wyjdą. Chociaż dobiegają sześćdziesiątki.

Pozostaw odpowiedź piotr sakwerda Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 1 )
  • piotr sakwerda

    Halo, to znowu ja 🙂

    „Czy w ogóle artysta ma prawo tak drwić, tak igrać z oczekiwaniami ludzi, którzy przecież płacą krocie za bilety, żeby dostać potwierdzenie własnych tęsknot, a dostają jakieś muzyczne czupiradła?”
    Hm, może większość chodzi właśnie po to na koncerty, ale niewątpliwie jest inna grupa słuchaczy, do której sam się zaliczam. Po co płacić grube pieniądze za koncert, na którym usłyszę to samo i tak samo jak na płycie, która jest wielokrotnie tańsza? I jakość odsłuchu jest lepsza. A po co kupować płyty koncertowe, skoro wszystko brzmi na nich bardzo podobnie jak w wersjach studyjnych?

    Gdy w latach 80-tych pojawiły się na koncertach w Polsce kapele hard-rockowe (Budgie, Nazareth, UFO), to najbardziej fascynujące dla mnie było to, co pozmieniają w swoich najbardziej znanych kawałkach, jak rozciągną solówki, co pokompilują itp. Niedoścignione wzorce w tej kwestii to oczywiście „Strange Kind Of Woman” Purpli oraz „Dazed And Confused” i „Whola Lotta Love” Zeppelinów. Chociaż fakt, że później te koncertowe improwizowane wersje stawały się kanonami koncertowymi. Alvin Lee wielokrotnie zapowiadał „I`m Going Home” słowami: „Zagramy jak na Woodstock”. I tu szacunek dla Dylana – za to, że robi na koncertach co chce i jak chce. Czy nie na tym polega Artyzm? Też mu zazdroszczę.

    Życzę jak najszybszego odhibernowania się 🙂
    Piotr

    Odpowiedz