loading
06 Lut

FILIP W SĄDZIE

Tak – nie pierwszy raz, bo niejednokrotnie już bywałem oskarżycielem posiłkowym w sprawach karnych. Ale pierwszy raz oskarżycielem prywatnym. A sprawa dotyczy moich przekładów Boba Dylana. Ta-dam!

I wydawało mi się, że na jednej rozprawie – pojednawczej – się skończy. A choć rzecz pozornie wydaje się błaha, traktuję ją jako symptom szerszego zjawiska, a może nawet kilku.

Ponad rok temu, 8 stycznia 2018, mieliśmy z dylan.pl premierę wideoklipu z Muńkiem Staszczykiem Czasy nadchodzą nowe. Notkę o tym fakcie opublikował portal Onet.Muzyka. Kilka godzin potem, późnym wieczorem, pojawiło się kilka komentarzy, w tym jeden podpisany oczywiście nickiem. Nick brzmiał ~Koko. A w komentarzu, obok bardzo krytycznej opinii na temat moich umiejętności translatorskich, znalazło się też oszczerstwo.

Ów tajemniczy ~Koko napisał mianowicie, że pośród moich przekładów zamieszczonych w książce Duszny kraj najlepsze są autorstwa moich znajomych i rodziny. Co to oznacza? Ni mniej, ni więcej, tylko sugestię, że przywłaszczyłem sobie cudzą własność intelektualną. To zaś mogło być bardzo fatalnym sygnałem dla czytelników i wydawców: Łobodziński bierze płody cudzej pracy i sprzedaje jako swoje. Fałszerz.

Nazajutrz po pojawieniu się tego komentarza złożyłem powiadomienie na policji i żądałem ścigania.

Żeby było jasne – każdy ma prawo publicznie krytykować moje przekłady, nawet jadowicie. Ale to już nie była kompetentna krytyka, to już nawet nie był hejt – to było rzucenie poważnego zarzutu nieuczciwości na moją osobę. Zamierzałem doprowadzić więc do tego, by wytropiono, kim jest ~Koko, a następnie by osoba ta wyjawiła przed sądem dowody, na jakich oparła swoje twierdzenia, że nie ja jestem autorem „najlepszych tłumaczeń” w książce Duszny kraj.

W ciągu kilku miesięcy, które strawiła głównie na pertraktowanie w sprawie danych osobowych, policja namierzyła właściciela komputera, z którego wstawiono oszczerczy komentarz. To ktoś, kto ma imię i nazwisko, adres. Osoba mi osobiście nieznana znikąd.

Ponieważ sąd lokalny (osoba mieszka poza Warszawą) miał do dyspozycji tylko dane właściciela komputera, a nie autora komentarza, wniósł do mnie o wskazanie osoby oskarżonej. To mogła przecież być właśnie ta wykryta osoba, ale równie dobrze ktoś, kto w tym czasie był z nią w mieszkaniu.

Wahałem się – ale jednak uznałem, że trzeba spróbować rzecz doprowadzić do końca. Wskazałem tę osobę. Uznałem, że nawet jeśli to nie ona, to cała procedura śledczo-sądowa uzmysłowi jej, że trzeba pilnować klawiatury we własnym domu, bo niesie to ryzyko ciągania po policji i sądach.

Nie strzelałem ślepakiem. Parę tygodni wcześniej pod adresem Xięgarni przyszedł list od tej osoby, w którym przyznawała, że kilkakrotnie komentowała w Internecie fakt przyznania Dylanowi Nobla oraz moje tłumaczenia, nie może znaleźć konkretnego wpisu, o który mi chodzi (Onet.Muzyka usunął komentarz ~Koko po paru tygodniach), ale jeśli coś takiego się zdarzyło, to ona mnie przeprasza.

Ponieważ całą historię uznałem za element szkoleniowy, a wyrządzoną mi potencjalnie krzywdę za rzecz, która wymaga przeprosin publicznych – postanowiłem wskazać właśnie ją.

Sąd wyznaczył rozprawę na 4 lutego. Udałem się tego dnia do miasta, gdzie mieszka owa osoba. Osoba zjawiła się również i od razu powiedziała sądowi, że już nawet przeprosiła mnie w liście, bo „zrobiła głupotę”. Mając świadomość, że rutynowo sąd zaproponuje pojednanie stron, miałem przygotowany projekt ugody. Chciałem, żeby osoba przeprosiła mnie przed sądem, obiecała, że więcej nie będzie szerzyć nieprawdziwych informacji o innych osobach w Internecie, oraz wpłaci 500 złotych nawiązki na Warszawskie Hospicjum dla Dzieci. Wręczyłem jej i sądowi ów projekt, odczytałem go również na sali sądowej.

Osoba ugody nie przyjęła. Powiedziała, że nie stać jej na taki wymiar nawiązki. Co jednak szczególnie istotne, gdy odczytałem jej słowa ~Koko, zaczęła tłumaczyć, co miała na myśli, pisząc to. Zatem przed sądem przyznała, że ~Koko to ona.

Podczas rozprawy zachowywała się hałaśliwie, przerywała sądowi, usiłowała wszystkich zagadać, a na koniec jeszcze krzyknęła, że jestem neurotyczną, niedowartościowaną osobą, a w jej komentarzu nie ma krzty kłamstwa. Usiłowała mnie zatem dodatkowo obrazić.

Spotkamy się więc ponownie w kwietniu. Szkoda. Miała szansę na łagodne rozstrzygnięcie – zwłaszcza, że ja działałem bez adwokata (więc moje koszty są minimalne i zwraca je sąd), a nawiązkę jako darowiznę na cele dobroczynne częściowo zwróciłby jej w przyszłym roku urząd skarbowy.

Czy wychodzę na pieniacza? Mam wrażenie, że biję się po prostu o dobre imię twórców. Wyrok skazujący może podziałać ożywczo, choć nie musi, bo wychowawcze oddziaływanie kar to wciąż hipoteza. Niemniej – nie uważam, by można było pobłażać w sprawach tego typu, bo one tylko pozornie są błahe, jak napisałem na początku. Jeśli ~Koko spotka kara, może on/a sam/a już się powstrzyma. Jeśli nie spotka – będzie wiedział/a, że hulaj dusza, piekła nie ma.

A tymczasem piekiełko to on/a tu zgotował/a. Sobie też.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 3 )
  • Piotr Sakwerda

    Już kilkukrotnie miałem ochotę dochodzić przed sądem zadośćuczynienia za coś, co przez inne osoby może zostać uznane za jakąś „pierdołę”. I zawsze odpuszczałem, żeby nie brać udziału w piekiełku, o którym piszesz. Ale z wiekiem coraz częściej dochodzę do wniosku, że niektórzy mogą opamiętać się tylko na sali sądowej…
    Współczuję, ale popieram. TAK TRZYMAJ!
    Piotr

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Chyba kiedyś też bym pewnie odpuścił. Ale za dużo tego dobrego/złego ostatnio. Dziękuję.

      Odpowiedz
  • Tomasz

    I bardzo dobrze Pan zrobił! Proszę nie odpuszczać, Panie Filipie.

    Odpowiedz