loading
26 Mar

JAK SIĘ UPAMIĘTNIĆ


Czyli – czy twórcy są dziś skazani wyłącznie na pamięć elit?

Niedawno strona nasza na fb dała link do wywiadu z Carlosem Hidalgo, pochodzącym z Chile naukowcem z MIT:

http://nautil.us/issue/68/context/how-well-forget-john-lennon

Wywiad zaczyna się od wątku pamięci popkulturowej. Hidalgo argumentuje, że z wolna wymierają ludzie, dla których ważne było Imagine Johna Lennona, i że w ten sposób z wolna przestają się liczyć w masowej wyobraźni fundamentalne zjawiska w XX-wiecznej kulturze do niedawna niebotycznie popularnej.

Hidalgo opowiada, że jego studentka nie miała pojęcia, co to jest Imagine, nie rozpoznała melodii, zero skojarzeń. W jakimże kontraście stoi więc ta studentka do tych, którzy oddaliby nerkę za to, żeby znów móc usłyszeć Lennona na żywo.

To trend szerszy. Coraz mniejszy ruch jest na rynku pamiątek po Beatlesach czy po Presleyu. Siąść ma też dynamika zysku z obrotu gadżetami związanymi z późniejszymi gwiazdami – Michaelem Jacksonem (nawet bez związku z Leaving Neverland), Madonną, U2. A potem z Metallicą, Kanye Westem, Adele… Niegdyś samochody gwiazd, kołki gitar, ba, historyczne plakaty, ulotki, setlisty koncertowe czy bilety budziły emocje i wyszczuplały konta. Ale ponoć wieczna noc zapomnienia stopniowo nasuwa się na tę krainę radosnego handlowania, bo wygasa zbiorowa pamięć – wraz z kurczeniem się populacji tych, którym się niegdyś ta gorączka udzieliła.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zastanowił się nad analogiczną sytuacją wobec Dylana. W końcu to też dinozaur, skamielina dawnej kultury popularnej… Ale, ale… Właśnie.

Czy Szekspir stracił z upływem czasu? Nie bardzo. Dlaczego? Bo nie o drżączkę i gorączkę tu chodzi, a o ducha. I mam wrażenie, że – mutatis mutandis – podobnie jest z Dylanem. Nigdy nie funkcjonował na rynku memorabiliów w takim zakresie, jak Beatlesi czy Elvis. Owszem, pojawiają się na aukcjach jego rękopisy, zawory od motocykli czy jakieś inne duperele, z których nic nie wynika. Te współczesne pop-relikwie budzą zazwyczaj przeświadczenie, że gdy dotykamy deski z Cavern Club, to łączymy się z duchem Czwórki Liverpoolskiej, podobnie pewnie kawałek Fendera z sesji w studiu Columbii w Nashville wiosną 1966, kiedy powstawało Blonde on Blonde, miałby przenieść nas bliżej samego Dylana. Ale to bzdura, a poza tym rzeczywiście pamiątki po Dylanie nie osiągają na licytacjach cen porównywalnych z gadżetami beatlesowskimi.

Czy to oznacza, że Dylan tym bardziej skazany jest na zapomnienie? Być może, ale mamy w jego wypadku do czynienia z nieco innym rodzajem funkcjonowania w świadomości zbiorowej. On nie emanuje swoją popularnością, ale swoją potęgą duchową. Szekspir nie popadł w zapomnienie, bo jest relewantny dla każdego, kto chce się wsłuchać w jego słowa. Podobnie Dylan – nie o kurtkę, ręcznik czy rachunek z pralni chodzi, ale o twórczość. To ona jest magnesem.

O kolosalnej różnicy materialnej pomiędzy np. Paulem McCartneyem lub Rolling Stonesami a Bobem Dylanem świadczą też koncerty, a ściślej – układy piosenek i reakcje tudzież oczekiwania fanów.

Jak się idzie na koncert Sir Paula, to się najbardziej czeka na piosenki z lat 1962-1969. I żeby były zagrane tak, jak w studiu. Członkowie zespołów McCartneya wkuwają więc wszystkie zagrywki, solówki, żeby było tak, jak życzy sobie tego pamięć zbiorowa. „Przeżyjmy to jeszcze raz”. Stonesi też mogą sobie wrzucać pojedyncze kawałki z późnych płyt, ale to są jedynie rodzynki w masie składającej się z Satisfaction, Brown Sugar, Jumpin’ Jack Flash, Start Me Up czy Honky Tonk Women. Keef zaśpiewa dwa utwory solo, z czego jednym będzie pewnie Happy – i wszyscy są happy. Bo tak ma być, tak funkcjonują te maszynerie.  Show must go on, a show goes on wtedy, kiedy artyści należycie podkarmią naszą melancholię, nasze sentymenty, nasze wspomnienia.

Dylan ma w dupie wspomnienia. Od kilkudziesięciu lat zmienia aranżacje starych utworów, a na koncertach miesza stare z nowymi i z kowerami wedle własnego uznania, nie oglądając się na koło fortuny w postaci publicznych kaprysów. Nie zagra tego, o co wrzeszczą z widowni, tylko to, co akurat ma ochotę przekazać. Można założyć, że usłyszymy All along the Watchtower, bo to najczęściej grana przezeń na żywo piosenka, ale czy będą The Times They Are a-Changin’, Blowin’ in the Wind, Like a Rolling Stone albo Lay Lady Lay? Nie zakładałbym się.

Śmiem przypuszczać, że gdyby żył Jimi Hendrix, miałby podobny status. Ludzie nie chodziliby na jego występy, żeby posłuchać na żywo wiernie skopiowanej studyjnej wersji Purple Haze, Hey Joe czy Spanish Castle Magic, ale by doznać dreszczy od tego, co gość wyczynia z gitarą.

A najciekawsze, że każde zaskoczenie, każdą niespodziankę na koncercie Dylana jego publiczność kwituje brawami. Oni – ci wierni, których nie obchodzą narzekania, że „głos nie ten, nie rozumiemy słów, nierozpoznawalne aranżacje” – idą na ten koncert dla niego, a nie dla własnych wspomnień.

Bo Dylan zdaje się wciąż być istotny i relewantny TU I TERAZ. On nam wciąż coś opowiada o naszych sprawach, o naszym świecie. Nie dostarcza nam rozrywki, nie jest ulubionym drinkiem w karcie dań, ale dziwnym, nieprzystępnym, niemniej wytęsknionym znajomym, który raz na jakiś czas nagle zaczyna z nami gadać.

Tak ja to widzę. Dlatego pamięć o Dylanie nie zagaśnie, choć nigdy nie będzie masowa. Dylan dostarcza swoim słuchaczom jakiejś duchowej dopaminy, jakichś mentalnych orgazmów zupełnie innego typu niż jego wielcy koledzy i koleżanki. (No, Joni Mitchell się łapie, i oczywiście Patti Smith – do tej samej kategorii. Tyle że Mitchell już nie występuje).

Dlatego cieszę się też, że szykuje się nowe wydanie Dusznego kraju, poprawione (około dziesiątki tekstów ma nową postać, czasem drobne retusze, czasem nawet zmiana tytułu – ta-dam!), bo to też moje własne polskie świadectwo, że tu gra toczy się o coś więcej niż kalesony i niedopałek po Wielkim Idolu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 7 )
  • Piotr Sakwerda

    Dylan jest jednym z niewielu, którzy nie „odcinają kuponów”, tylko robią artystycznie to, na co mają w danym momencie ochotę (czasem z różnym skutkiem finalnym, ale taka postawa budzi szacunek). Tak jak wspomniane przez Ciebie dwie Wielkie Panie. Z żyjących dodałbym jeszcze Trójcę Białego Bluesa – Johna Mayalla, Erica Claptona i Petera Greena. Ich wszystkich zapamięta sie jako Artystów w Drodze.

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Bluesmani są dobrą wskazówką – a przede wszystkim jazzmani, czyli ich bezpośredni sąsiedzi. To są wszystko artyści performatywni, że tak brzydko powiem, czyli tacy, którzy opowiadają poprzez występ, którzy wychodząc na scenę, zaczynają rozmowę, a nie wyświetlają ulubione filmy. Tam koncert jest celem spotkania, a nie pocztówką z wakacji.

      Odpowiedz
      • Piotr Sakwerda

        Pewnie dlatego z głośników sączy się teraz Duke Ellington i jakoś wcale mnie nie nuży n-ta wersja Caravan w Jego wykonaniu 🙂

        Odpowiedz
  • Comiliton

    Panie Filipie,
    pozwolę sobie zadać sobie tu to pytanie, chociaż wiem, że nie dotyczy ono tematu.

    Ostatni nałogowo słucham „Let me die in my footsteps”. Czytałem o genezie tego utworu i uważam, że poza interpretacją dotyczącą schronów atomowych można ten tekst interpretować jeszcze inaczej. Jednak chciałbym zapytać jakby Pan przetłumaczył tytuł?

    „Pozwól mi umrzeć tak jak chcę”. „Pozwól mi paść na własnej drodze” ?

    Będę wdzięczny za odpowiedź.

    Pozdrawiam,
    Stasiu

    Odpowiedz
    • Filip Łobodziński

      Ja od razu szukam frazy, która dałaby się zaśpiewać do oryginalnej melodii. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to „Umrzeć chcę na stojąco” lub coś w tym duchu. Ale warianty mogą być rozmaite, na tym polega piękno sfery tłumaczeń, że nie ma jednego kanonicznego.

      Odpowiedz
      • Filip Łobodziński

        Bądź „Umrzeć chcę wyprostowany” – dośpiewując jedną sylabę ekstra.

        Odpowiedz
      • Propozycja

        Dziękuję za odpowiedź!

        Warto by było spotkać się w „realu” grupą „Dylanowców” i podyskutować.

        Ja już zorganizowałem kilkanaście spotkań dyskusyjno-literackich.
        „”Lord Jim”, „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Złota pagoda”, „Wielki Gatsby”, „Krótki szczęśliwy żywot Franciszka Macombera”, „Sala nr 6”. i wiele innych.

        Zasadą było przygotowanie kolacji przez osobę proponującą lekturę.

        Wziąć na warsztat np. cały album Dylana na takim spotkaniu, to by było coś!

        Pozdrawiam,
        Stasiu

        Odpowiedz