loading
05 Mar

JESTEM I SŁUCHAM

Czas mija. Choć według mnie stoi w miejscu. Ale „Gdy mija czas” to tytuł pewnej znanej piosenki.

Ktoś, kto w miarę regularnie (choćby raz w miesiącu) tu zagląda, zauważył, że mnie wcięło z tym blogiem. Co to za blog, który traci impet? W końcu samo słowo nakazuje, by robić to codziennie (nazwa wywodzi się z log, czyli dziennika pokładowego). A tu do pewnego momentu jak było coś raz w miesiącu, to dobrze. Zaś od miesięcy cisza.

Ale ile można mieć kolejnych refleksji o tłumaczeniu i śpiewaniu Dylana po polsku? Zwłaszcza w kraju, gdzie jego twórczość jest wciąż egzotyczna, mimo naprawdę wysiłków wielu ludzi uważana za nieudolne przeróbki świetnych kawałków Guns N’Roses czy Jimiego Hendrixa. Skoro NAWET Krzysztofowi krawczykowi nie udało się go odczarować (na mój gust Krawczyk zrobił, co mógł, by spopularyzować maestra – ma nazwisko, wybrał pieśni nietrudne tekstowo, zaaranżowano je w słodkawej polewie… i nic).

To jakby, nie przymierzając, rozpisywać się w „Fakcie” w rubryce o wytrawnych i rzadkich musztardach. Mój znajomy Piotr Kozłowski potrafiłby zrobić z tego tematu istny karnawał czytelniczy, ale na co komu…?

Temat obycia muzycznego naszego elektoratu to jednak wielopłaszczyznowa i rozpajęczona gromada zagadnień. Mieści się tu i orientacja w historii muzyki, i czułość na nowe dźwięki, i umiejętność rozpoznawania stylu, i ciekawość, i otrzaskanie w tym, co wtórne, a co nie, i wyczucie rytmu, swingowania i metrów nieparzystych… Skłonność do klaskania na raz przez publiczność bywa silniejsza od starań samych muzyków, którzy ze sceny suflują właściwe momenty, ale ledwie sami zaczną grać, publika często „wie lepiej” i przerzuca się na „raz”. Z utworu bujanego robi się marsz.

Staszek Sojka kiedyś mi powiedział: „A niech klaszczą sobie na raz, skoro są od tego szczęśliwi. Przez lata próbowałem im to wybić z głów, bez szans. Dobrze, że w ogóle chcą słuchać”. Tak to poczucie realności musi przegrać z marzeniami.

A przecież taki oberek to jedna z najtrudniejszych rytmicznie form muzycznych, jakie zdarzyło mi się poznać. Tu jedna z największych kapel, Kapela Józefa Kędzierskiego ze Rdzuchowa. Na nagraniu nie najlepiej słychać, co Tadeusz Duda wygrywa na bębenku – niby proste, ale nie do utrafienia:

Wiem, bo przyglądałem się kiedyś w południowomazowieckiej wsi Przewóz nad Wisłą, jak młodzi chłopcy grali. Usiłowałem wpasować się dłonią w to, co grał bębnista, i zawsze wychodziło mi równo – a on grał z synkopą nie do rozkminienia. Konsekwentną. Jemu po prostu krew inaczej się pompowała.

Dlaczego o tym na stronie dylan.pl? Zaraz, zaraz. Cierpliwości.

Do tych wszystkich ubytków w naszej muzykalności, które biorą się i z wychowania, i z marnej edukacji muzycznej, i z pewnych geokulturalnych skłonności – dochodzi też bestialstwo historii. XX wiek spowodował potężną wyrwę, niwecząc ciągłość kultury. Najpierw II wojna, potem stalinizm i narzucone standardy zarówno piosenkowe, jak i te mające uchodzić za „tradycję”, zryły szlak czasu. O polską muzykę wiejską musieli się bić maniacy, badacze na miarę Andrzeja Bieńkowskiego, bo to, co funkcjonowało jako muzyka polskiej wsi, było sformatowanym produktem eksportowym z cepeliowskim lukrem.

Drugim, równie poważnym przestępstwem losu wobec kultury muzycznej Polaków, było ucięcie nurtu piosenki. Przez lata okupacji w naturalny sposób tworzono w duchu zachowawczym, bo kto by kombinował z formą, gdy substancja była zagrożona. A potem inżynierowie dusz wyrugowali jazz z polskiego świata, generując coś, co może i dziś budzi pewien sentyment, ale było to wsteczne, reakcyjne, na przekór hasłom o postępie, kompletnie pozbawione wyobraźni.

Piszę tu grubą czcionką, bo oczywiście niuanse mogą podważyć mój wywód (np. Miłość ci wszystko wybaczy jeszcze w starych czasach lub Szeptem w nowych), jednak szeroki obraz jest taki: gdy przyszła naprawdę nowa estetyka w muzyce, musiała być (mniej lub bardziej udolnie) zapożyczona z Zachodu, bo to, co rdzenne, capiło obciachem.

Tak jak napisałem wyżej – zabrakło ciągłości. Zabrakło czegoś w równomiernie modyfikującym się DNA muzycznym społeczeństwa. Dlatego piosenki przedwojenne dziś dla wielu z nas brzmią jak z innego świata, bo piosenki tworzone przez młodych w latach sześćdziesiątych nie czerpały z nich, nie odnosiły się do nich.

W Stanach tego nie zaznano. Gene Autry, Bing Crosby, Frank Sinatra – choćby uważani za przedstawicieli radykalnie innej estetyki niż rock’n’rollowa, nie brzmią tak egzotycznie dla amerykańskich uszu, jak Tadeusz Faliszewski czy Ordonka dla naszych. (Chwała Maćkowi Maseckiemu i Jankowi Młynarskiemu, że potrafią dziś oswoić nas z tamtą twórczością w sposób, który ocala tamte nuty, a zarazem brzmi niezwykle współcześnie – bo ponadczasowo).

Po piosenki stare, musicalowe, filmowe z pierwszej złotej ery Hollywood sięgali Beatlesi, Bryan Ferry, Rod Stewart. A przede wszystkim jazzmani. To, co z dawnymi piosenkami amerykańskimi czy europejskimi robiła np. Ella Fitzgerald, to niby elementarz. Ale jakoś u nas Urszula Dudziak, Marek Bałata czy Staszek Sojka nie nagrywają piosenek Warsa i Petersburskiego. A jeśli, to z rzadka. Nie traktują ich jako tworzywa, z którego uplotą coś swojego, zarazem nowego i wiernego tradycji.

Ciach. Stało się.

Piszę to, zrobiwszy niedawno maraton słuchania trzech albumów mojego ulubionego wokalisty, czyli (zgadli Państwo) Dylana. Zgadli też Państwo, o które albumy chodzi: Shadows in the Night, Fallen Angels i Triplicate. W sumie na pięciu krążkach nie tak dużo, bo raptem 170 minut muzyki.

Muzyki irytującej wiernych fanów Dylana, kompletnie obcej uszom nawykłym do All along the Watchtower i Hurricane. Muzyki irytującej również wielbicieli Sinatry, bo piękne, orkiestrowe aranżacje zostały tu zredukowane do pięcioosobowego combo, a klarowne, mocne głosy zastąpił złamany głos jakiegoś pasterza kóz.

To nie tak; jestem w stanie bronić tych nagrań, bo brzmią naprawdę rewelacyjnie. Też z utęsknieniem czekam – i może się doczekam – nagrań z nowymi autorskimi utworami Dylana. Ale muszę przyznać, że rzadko kiedy Dylan brzmi tak pięknie, mocno i subtelnie zarazem.

I choć sam w którymś wywiadzie sprzed kilku lat mówił, że sięga po te piosenki, bo inwazja rock’n’rolla (w której sam uczestniczył) zabiła tamtą twórczość – to jednak nie czuję tu heroizmu. Dla mnie te piosenki w jego ustach brzmią naturalnie, bo Dylan to człowiek, który wyjątkowo dobrze czuje obecność przeszłości w dzisiejszości. Zawsze był konserwatywnym, ba, reakcyjnym rewolucjonistą. Od samego początku czuł puls historii, która go ukształtowała. Muzycznej, literackiej, duchowej.

Nie mamy nikogo takiego. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić, by Niemen, gdyby żył, wszedł do studia nagrać w kwartecie-kwintecie piosenki Eugeniusza Bodo czy Adama Astona bez syntezatorów. Czy umiałby zaufać tym piosenkom, bez impulsu, by jest u-Niemenić (u-Niemeniłby je wystarczająco swoim niezwykłym głosem i frazowaniem). Nie wyobrażam sobie, by Nosowska sięgnęła nagle po piosenki Zuli Pogorzelskiej lub Jadwigi Andrzejewskiej. Nie czujemy w ogóle tych korzeni, bo oderwano nas od nich. Dla polskich artystów fedrowanie w muzyce przedwojennej czy tuż powojennej to fanaberia, kaprys, a nie odruch.

A przecież przeszłość nie minęła. Czas jest naraz. To wszystko jest tak samo teraz. Tak jak budowle sprzed wieków w dzisiejszych miastach.

Jeżeli Dylan cokolwiek jeszcze nagra, to niech to nawet będą znów jakieś cudze starocie. Jego głos starego mędrca dodaje im prawdy, którą blichtrowate aranżacje na chóry i orkiestry im odejmowały. Z nim jesteśmy bliżej tych piosenek. I to ważne, że nie śpiewa ich tu ktoś na miarę Tony’ego Bennetta, też wielkiego muzyka, ale facet, który stworzył A Hard Rain’s a-Gonna Fall, It’s Alright, Ma i Ain’t Talkin’. Komuś takiemu naprawdę wierzę, gdy śpiewa It’s Funny to Everyone but Me.

Pozostaw odpowiedź Agnieszka K-J Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments ( 2 )
  • Dzięki Tobie bardzo polubiłam Dylana. Często zaglądam do „Dusznego kraju”. Zaczęłam też zwracać większą uwagę na teksty słuchanych piosenek innych wykonawców, bo do tej pory były dla mnie mniej ważne od samej muzyki. Zaczęłam też się wciągać w poezję, która do mnie nie docierała. Coś pykło.

    Odpowiedz
  • Filip Łobodziński

    Przepiękna (ś)wiadomość. Dziękuję.

    Odpowiedz